Tekst i muzyka - Pendragon Zdjęcia - Pendragon Tłumaczenie własne Koncertowe wykonanie zespołu Pendragon TUTAJ
Malujemy obrazy z tysiąca możliwych ścieżek Szkicujemy naszą miłość, która ma trwać wiecznie Kreśląc wzory na niebie naszą różdżką wyobraźni Zamykamy oczy czując przypływy i odpływy.
Moje pudełko z farbami jest moją nadzieją Aby nowymi barwami pokryć bleknącą przeszłość Bogactwo kolorów jest szansą na nowe inspiracje Maluję ścieżkę, którą chcę iść w pełne energii życie.
Mamy swoje bagaże życia pełne własnych planów Podnieceni przyciskamy enter by poruszyć nasze serca i dłonie Wspinamy się wyżej, aby ujrzeć jak zielone niegdyśwzgórza Znikają z naszej pamięci.
Moje pudełko z farbami jest moją nadzieją Że uda mi się zamalować przeszłość nowymi obrazami A bogactwo kolorów inspiruje nowymi możliwościami Farbami maluję nam ścieżkę, którą chcę iść w nowe wspaniałe życie.
Tysiące nowych ścieżek i całkiem nowe obrazy Drżący szkic nowego życia z upragnioną miłością do końca Różdżką kreślimy urojone nadzieje Zamykamy oczy by nie czuć przypływów i odpływów.
A moje pudełko z farbami daje mi szansę Na pokrycie przeszłości nowymi obrazami Bogactwo kolorów daje mi nadzieję i inspirację Sam maluję ścieżkę, którę chcę iść w pełną życia przyszłość.
Pytanie konkursowe brzmiało: co nie zgadza się na tym zdjęciu. Oczekiwałem poniższych odpowiedzi:
1. Młokos w irlandzkim pubie po godzinie 19.00
2. Pub otwarty o pierwszej w nocy
3. Ja osobiście grający na czymkolwiek
Zdjęcie zostało zrobione na wyspie Achill, gdzie prawo egzekwuje się z dużą wyrozumiałością, dzięki czemu ludzie mogą czuć się swobodnie.
Zagadkę jako pierwsza rozwiązała Rose i to ona wygrała pakiet z nagrodami. Kolejna fotozagadka za miesiąc. Serdecznie zapraszam.
_________________________________________________________________ Bodhran kupiłem po okazyjnej cenie, i jak mi później powiedzieli znawcy - to była bardzo dobra cena za taki dobry bęben. Drewniana rama, kozia skóra, prosta konstrukcja. Kupiłem go "dla towarzystwa" jako że miała przyjechać na wycieczkę dziewczyna ze skrzypcami. Najpierw trochę się oswoiłem z nowym instrumentem i dowiedziałem się jak się wymawia jego irlandzką nazwę. Pierwszą próbę z Kasią mieliśmy po zachodzie słońca na najdalszej plaży na wyspie Achill, tak żeby nikt nas nie widział ani nie słyszał.
Potem już nic nie stało na przeszkodzie, aby dołączyć do innych grajków w pobliskim pubie. Starałem się grać cicho, żeby nie przeszkadzać innym. Nie było to trudne, bo sześć gitar, skrzypce, bębenki i grzechotki robiły już dość dużo muzyki.
Kolejne granie było już w dzień, na trasie, gdzie turyści zatrzymują się aby podziwiać widoki, robić zdjęcia muzykantom i wrzucać nagrania na You Tube.
Gdzieś po drodze na jakichś klifach załapałem się na sesję fotograficzną dla starożytnych irlandzkich herosów :)
Samemu pewnie trudno mi by było się odważyć na wejście do pubu z instrumentem, na którym dopiero uczę się grać. Ale to jest Irlandia. Poza tym w towarzystwie Kasi i jej fantastycznej gry na skrzypcach mogę powiedzieć, że pozostawałem niezauważony i mogłem swobodnie sobie próbować i się wygłupiać. Tylko Kasi stawiali piwo :)
Przenosiliśmy się od pubu do pubu. Na widok człowieka z bodhranem zawsze ktoś wołał "O, mamy człowieka z bodhranem!" i zapraszano mnie do innych muzyków. Od razu mówiłem, że się dopiero uczę, a oni odpowiadali, że oni też. A jak mówiłem, że tylko udaję że gram, to odpowiadali "Jak my wszyscy..." Uwielbiam tę irlandzką skromność... Kasia zaczynała grać na skrzypcach i zaczynała się zabawa...
W pubie McGanns w Doolin spotkaliśmy trzyosobowy zespół, który grał niesamowitą wiązankę reelów i jigów na sam koniec wieczoru. Na stole leżały krążki CD z ich muzyką, każdy miał już wydane co najmniej trzy płyty, bardzo szacowne grono. Po energetycznym koncercie można było z muzykami porozmawiać i kupić ich muzykę na krążkach. A czerwonowłosa Geraldine McGowan pozwoliła mi potrzymać swój zawodowy bodhran i udzieliła kilku wskazówek. Najważniejszą było - "Słuchaj, co grają inni".
W ciągu 6 dni przygody z irlandzkim bębenkiem dostałem kilka świetnych lekcji od całkiem przypadkowych ludzi. Po prostu jakiś irlandzki pasterz, który akurat zaganiał owce ze swoimi psami brał ode mnie bodhran i pokazywał jak sam na codzień gra.
To były moje warsztaty w terenie. Teraz ćwiczę w domu i online, bo zapisałem się do Online Academy of Irish Music. I zamierzam się dobrze bawić :)
Kasia Szklarz przyjechała do Irlandii wraz ze swoimi skrzypcami. Był to jej pierwszy raz na Zielonej Wyspie, o której marzyła od dawna. Spędziła dwa tygodnie na zachodzie Irlandii grając irlandzkie melodie ku uciesze miejscowych oraz przy gromkim aplauzie licznie zgromadzonych turystów. Zapamiętano ją jako piękną skrzypaczkę z Polski, która lepiej gra irlandzkie melodie niż niejeden Irlandczyk. Bardzo się cieszę, że poznałem Kasię i mogłem być jej przewodnikiem po zachodniej Irlandii. Niniejszą notkę i zdjęcia publikuję za jej zgodą.
Trasa po zachodniej Irlandii z Pendragon Tours zaczęła się od Inishmore na wyspach Aran, gdzie są tylko trzy puby. Kasia przyszła do pubu Ti Joe Watty. Na widok skrzypiec miejscowi gitarzyści zaprosili dziewczynę do stolika dla muzyków i wspólne granie się zaczęło. Od pierwszych dźwięków skrzypiec jasne się stało, że ten wieczór przejdzie do historii pubu Ti Joe Watty a zgromadzeni licznie goście będą bawić się doskonale. Na stoliku pojawiły się drinki na koszt firmy, a kolejnego wieczoru Kasię i jej koleżankę z Kanady zaproszono ponownie do kącika muzycznego.
Na wyspie Achill zawędrowaliśmy do The Valley House Bar. Niesamowite miejsce, w dzień niepozorne, a wieczorem - praktycznie każdy kto tam był na czymś grał. Lokalni muzycy od razu poznali się na talencie Kasi. Nieczęsto zdarza się, że do miejscowego pubu trafia ktoś, kto jest po Akademii Muzycznej w Krakowie, przywiózł swoje skrzypce z Polski (a na skrzypce trzeba kupić osobny bilet) i gra irlandzkie melodie w taki sposób, jakby się tu urodził.
Jens odkłada gitarę i pyta mnie: "Jaysus, kim jest ta dziewczyna"? Mimo gwaru rozmów słyszę jak wali mu serce. Odpowiadam "To Kasia Szklarz, z Polski". Jens: "Ona jest doskonała!". Wychodzimy na przerwę do pokoju z bilardem, gdzie miejscowi zasypują Kasię pytaniami. I kolejny szok dla miejscowych - Kasia recytuje wiersz po irlandzku. Szybkie poszukiwanie osoby, która rozumie po irlandzku i tłumaczy to na angielski. No wszystko się zgadza, ona jest pierwszy raz w Irlandii, gra irlandzką muzykę jak rasowy Irlandczyk i recytuje wiersze po irlandzku! Ukłony!
Szef pubu też był zafascynowany graniem Kasi, przyszedł osobiście nalać Guinnessa na koszt firmy. Spytał mnie: "Skąd ona jest?". To pytanie słyszałem wielokrotnie przez kolejne dni.
W Clifden na Connemarze szukamy pubów, gdzie do muzyków można się przyłączyć. Najpierw wchodzimy do Griffin's Bar. Jest gitara, akordeon i kontrabas. No, przydałyby się skrzypce :) Kasia dołącza do grajków i zaczyna grać. Siedzę z boku i widzę jak chłopaki porozumiewają się wzrokiem i wyrażają uznanie dla Kasi. Przerwa w graniu:
- Hej, skąd jesteś? - Z Polski - A gdzie się nauczyłaś tak dobrze grać irlandzką muzykę? - A w Polsce :) Kolejny pub i spontaniczne muzykowanie. Jesteśmy w Lowry's Pub. Gitara i akordeon grają irlandzkie melodie. Kasia wyciąga skrzypce i zaczyna grać reela, gitara i akordeon się przyłączają. Nagle z zaplecza chłopak przynosi deskę i kładzie ją na środku. Na deskę wskakuje jakaś dziewczyna i zaczyna stepować. Normalnie pełen odjazd. Irlandia we wszystkich wymiarach.
Nie miałem do tej pory okazji uczestniczyć w takich wydarzeniach, że ludzie dziękowali mi za to, że kogoś przywiozłem do zachodniej Irlandii. Kasia grała irlandzką muzykę w taki sposób, że miejscowym muzykom wydawało się że śnią. Ona jest z Polski? Ona jest pierwszy raz w Irlandii? Ale gdzie się tak nauczyła grać irlandzkie melodie ??? "She is f*cking brilliant!"
Kasia podbiła zachód Irlandii, grając perfekcyjnie melodie które dobrze znała i doskonale improwizując do lokalnych melodii, które słyszała po raz pierwszy. Wszędzie wzbudzała zachwyt i szacunek. Od lokalnych muzyków otrzymywała wyrazy uznania. Piękno i talent z Polski w jednym - oto Kasia Szklarz.
Na koniec mała próbka, pub FitzBar w Doolin. Zacząłem nagrywać, gdy Kasia przysiadła się do muzyków, ustalili tonację i melodię, po czym zaczęła się zabawa. KLIK Druga próbka pochodzi z wyspy Achill. Dość długa była to sesja, niektórzy byli już trochę zmęczeni, ale do domu się jakoś nie wybierali. Kasia grała do różnych lokalnych melodii. KLIK A trzecia próbka to małe solo na Sky Road na Connemarze. Nie dość, że widoki ładne, to jeszcze irlandzka muzyka na żywo. Turyści się zatrzymywali i robili zdjęcia :) KLIK
Powierzchnia wyspy Inishmore zajmuje około 30 km². Gdyby połączyć wszystkie kamienne murki tej wyspy w jedną linię, to miałaby ona ponad 7000 kilometrów. Na jednym z tysięcy zielonych "poletek" otoczonych kamieniami znajduje się ułożony z kamieni znak z czasów II wojny światowej. Postanowiłem go znaleźć.
Znak widoczny z powietrza miał informować niemieckich lotników, że Irlandia nie bierze udziału w wojnie i mają jej nie bombardować. "Lećcie dalej, Anglia jest bardziej na wschód". Napis EIRE ułożony był z białych kamieni na zielono-szarym tle miał być z samolotów dobrze widoczny. EIRE to oczywiście IRLANDIA po irlandzku.
Uzbrojony w mapy satelitarne i GPS wdrapałem się na najwyższy punkt Inishmore, gdzie stoi nieszczęsna latarnia morska. Dlaczego nieszczęsna? Zbudowano ją w XIX wieku na środku wyspy, dlatego dawała mylne sygnały o jej położeniu, więc statki rozbijały się o brzeg Inishmore jeden po drugim. Latarnię zamknięto po 20 latach użytkowania. Jednak da się tam na górę wejść. Z najwyższego punktu wyspy przeskanowałem całą okolicę zoomem i znalazłem znak EIRE.
Teraz tylko wystarczyło przeskoczyć kilka kamiennych murków aby dostać się na to właściwe poletko, gdzie znajdował się znak.
Białe znaki ułożone dookoła wybrzeża Irlandii po wybuchu drugiej wojny światowej zostały współcześnie zabezpieczone i pomalowane na biało. To w końcu pomnik i dobrze, że ktoś o to dba. Z 83 znaków tego typu do dziś przetrwało tylko 9.
W 1944 roku w neutralnej Irlandii rozeszła się wieść, że alianci szykują desant w Normadii (znany jako D-day). "Neutralni" Irlandczycy dołożyli do znaków EIRE trochę kamieni aby pomóc aliantom w orientacji. Tak powstały numery od 1 do 83 informujące o położeniu.
Znak EIRE 50 można zobaczyć przy okazji zwiedzania starego kamiennego fortu Dun Eochla, który leży kilkaset metrów dalej.
Z jakiegoś powodu taką dziwną nazwą ochrzczono w zatoce Galway piekielnie szybkie łodzie. Galway hooker to jedna z tradycyjnych irlandzkich łodzi, które używane są wyłącznie w rejonie Galway i Mayo.
Ostry, wąski kadłub i jeden maszt z trzema żaglami pozwalał zwinnie poruszać się po wodach zatoki, gdzie często wieją silne i porywiste wiatry, a dno przy brzegach jest dość płytko. Szybki sprint po falach pozwalał uwinąć się z ładunkiem przed zmianą pogody. Czarna farba na poszyciu i czerwono-brązowe płótno sprawiały, że łodzie widoczne były z daleka.
Łodzie typu Galway hooker przewoziły z Connemary i Mayo torf potrzebny do opalania chat na wyspach Aran i na skalistym The Burren. Natomiast w drodze powrotnej zabierały wapień, który mieszkańcom Connemary i Mayo pozwalał zneutralizować bagienne gleby. Rzadziej używane były jako łodzie rybackie.
Jeśli komuś nie podoba się nazwa "dziwka z Galway" może używać jednej z irlandzkich nazw tych łodzi: Bád Mór, Leathbhád, Gleoiteog albo Púcán.
W ostatnich latach wzrosło zainteresowanie tym rodzajem łodzi i co roku na wodach hrabstw Galway i Clare odbywają się zawody hookerów. Najbliższe będą 16 - 17 - 18 sierpnia 2013 w zatoce Kinvarra w ramach festiwalu Cruinniu na mBád.
Galway Hooker to też nazwa piwa z łódką na etykiecie.
Na oknie sklepu ze swetrami znalazłem ogłoszenie, którego nie umiałem przeczytać, bo było w całości po irlandzku. Rozpoznałem tylko znajomą nazwę pubu Joe Watty's. Z pomocą przyszedł mi jeden z mieszkańców wyspy Inishmore imieniem Arek.
Okazało się, że trwało akurat coś w rodzaju trzydniowego festiwalu na Aranach. Załapaliśmy się na wyścig tradycyjnych łodzi rybackich zwanych currach. W oczekiwaniu na prom powrotny z Aranów zdjąłem buty i zacząłem brodzić w oceanie. Nagle usłyszałem głos z tuby:
GOŚĆ Z TUBĄ: Hej ty, możesz nam pomóc? Popchnij tego faceta w jedynce!
JA: Ja?
GOŚĆ Z TUBĄ:No, bez butów jesteś to popchnij, możesz to zrobić?
JA:Jaaasne!
Facet z tubą gadał ze mną po angielsku, ale oni wszyscy między sobą rozmawiali po irlandzku. Złapałem koniec łodzi, zaparłem się w piasku i próbowałem przytrzymać currach, która tańczyła na fali. Oj, nie było to łatwe, łódź wciąż stawała bokiem. Koleś z wiosłami coś wołał do mnie ale zupełnie nie wiedziałem o co mu chodzi. Z pomocą przyszedł mi drugi fella i razem udało nam się wypchnąć łódź numer 1 zaraz po sygnale danym przez gościa z tubą. Spodnie mokre, ale kto by się w takiej chwili przejmował takimi drobiazgami.
Sześciu zawodników z Aranów i Connemary wystartowało do okrążenia wokół boi na środku zatoki Kilronan. Meta była z powrotem na plaży w porcie.
"Mój" człowiek dawał z siebie wszystko, jednak sterowanie taką łódką w pojedynkę chyba nie jest łatwe. Cieszyłem się, że przypłynął jako czwarty. Dopiero wtedy dowiedziałem się, że ma na imię Tom i jest z Roundstone.
Wyścigom przyglądali się licznie zgromadzeni na plaży mieszkańcy wyspy Inishmore, turyści, kraby oraz jedyny policjant na wyspie wraz z rodziną.
Chwilę potem rozpoczął się wyścig trójek - bo oryginalnie łodzie currach były zaprojektowane dla trzech wioślarzy. Konstrukcja z drewna lub wielorybich fiszbinów, pokrycie ze skóry fok lub smołowanego płótna. Łodzie te służyły na Aranach do połowów, przewożenia ludzi a nawet owiec.
Ta prosta konstrukcja łodzi pojawiała się w różnych kulturach na świecie, od Walii (coracle), Szkocji (birlinn) do indiańskiej canoe. Nie wspominając o tym, że Amerykę odkrył właśnie w takiej łodzi niejaki święty Brendan z Irlandii(jak tu mawiają, hmm).
Film z wyścigów łodzi currach w ramach Patrún Inis Mór sprzed 2 lat znalazłem tu: Patrún Inis Mór 2011.