Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bitwy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bitwy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 czerwca 2013

Poczta Główna w Dublinie

Rozwiązanie fotozagadki


Na zdjęciu konkursowym widoczna jest latarnia wisząca przy wejściu do budynku Poczty Głównej w centrum Dublina (zdjęcie zrobione jest z dołu). 

General Post Office (w skrócie GPO) stoi w centrum miasta przy O'Connell Street. Poczta Główna to nie tylko listy i paczki - to również wielki rozdział irlandzkiej walki o niepodległość. Tu właśnie wybuchło Powstanie wielkanocne (1916 Easter Rising) dające początek niepodległej Irlandii.  

Zagadkę jako pierwszy rozwiązał Wit i to on wygrał wycieczkę z Pendragon Tours do Irlandii Północnej dla dwóch osób. Kolejna fotozagadka za miesiąc. Serdecznie zapraszam.
_________________________________________________________________

Jest Poniedziałek Wielkanocny, 24 kwietnia 1916 roku. Na schodach Poczty Głównej w centrum Dublina staje Patrick Pearse - adwokat i poeta. Przed mieszkańcami Dublina wygłasza proklamowanie niepodległej republiki Irlandii, po czym znika wewnątrz gmachu poczty. Drzwi zostają zaryglowane, potem przyjeżdża brytyjskie wojsko i zaczyna strzelać. Oblężenie Poczty Głównej trwa 6 dni. Powstańcy ostatecznie poddają się.

Irlandia od ośmiu wieków nosiła jarzmo brytyjskiej okupacji i oto garstka patriotów postanowiła je po raz kolejny zrzucić. Powstanie wielkanocne było jednym z wielu zakończonych fiaskiem i zostało bardzo źle przyjęte przez mieszkańców Dublina, którym najwyraźniej odpowiadały już brytyjskie rządy w Irlandii i zanikanie ich ojczystego języka. Podczas walk zniszczono sporą część budynków, powstańcy w końcu się poddali, a społeczeństwo potępiło ten niemądry zryw wolnościowy.



W kolejnych dniach piętnastu przywódców powstania zostało rozstrzelanych (James Connolly był ranny w kolano, więc wcześniej przywiązano go do krzesła). Ponad 1000 osób zostało aresztowanych. I dopiero ten finał Powstania wielkanocnego stał się zaczątkiem powstania niepodległej Irlandii. Społeczeństwo irlandzkie wreszcie się obudziło. Wybuchła wojna domowa. W 1921 roku większa część Irlandii odzyskała niepodległość, a Poczta Główna została jednym z symboli tej niepodległości.  


Poczta Główna do dziś nosi ślady kul z 1916 roku. Dziury po kulach są również w pomniku Daniela O'Connela o którym pisałem przy okazji styczniowej zagadki. W budynku oprócz okienek pocztowych znajduje się bardzo ciekawe Muzeum Poczty. Stała ekspozycja nazywa się "Letters, Lives & Liberty" - "Znaczki, Ludzie i Wolność". Dopiero po obejrzeniu całego muzeum możemy zrozumieć jaką rolę w historii Irlandii pełni POCZTA.  



W pierwszej części wystawy obejrzeć można wszystkie znaczki, które w wolnej Irlandii zostały wydrukowane. Można zabawić się w projektowanie własnego znaczka. List wrzuca się do najstarszej w Irlandii skrzynki pocztowej. List dochodzi na drugi dzień.



Druga część wystawy wyjaśnia dlaczego w Irlandii listy zawsze przychodzą na drugi dzień. Pisałem o tym w innej zagadce, jednak dobrze jest to samemu zobaczyć na bardzo ciekawym filmie o codziennej pracy wiejskiego listonosza.



Trzecia część Muzeum Poczty przybliża historię odzyskania niepodległości, o czym pozwoliłem sobie wspomnieć na początku tego wpisu. Zachęcam do wizyty tego miejsca. Nie wolno robić zdjęć. Wstęp €2.


niedziela, 8 maja 2011

W dolinie rzeki Boyne

Starzy pasterze powiadają, że całą historię Irlandii wytyczają pomniki stojące w jednej tylko dolinie - The Boyne Valley. Pośród soczystej zieleni tuż obok siebie stoją jedyne w swoim rodzaju kamienne monumenty i budowle z każdego ważnego dla Irlandii okresu. W tej wyjątkowej podróży przez tysiąclecia towarzyszyć będzie nam tylko szum wody, szelest traw i szept wiatru. 
  
W dolinie Boyne osiedlili się pierwsi osadnicy, którzy z kontynentu przybyli do Irlandii tysiące lat temu. Rzeka była od zawsze głównym traktem w głąb dzikiej i zalesionej wówczas wyspy. Na obu jej brzegach powstawały pierwsze osady i kolejne cywilizacje, tu kwitły pierwsze celtyckie sagi i mity. W dolinie rzeki Boyne zaczynały się i kończyły kolejne podboje Zielonej Wyspy. Tu też zaczęła się moja przygoda z Irlandią. W tej przyjaznej dolinie spędziłem ostatnie cztery lata i tu poznałem wszystkie wzniesienia, grobowce, zamki, klasztory, okrągłe wieże, stare manuskrypty, irlandzkie legendy i celtyckie krzyże.
  
Do naszych czasów przetrwał tylko jeden z siedmiu cudów całego starożytnego świata - piramida Cheopsa. Wkrótce po przybyciu do Irlandii odkryłem cuda jeszcze starsze - o jakieś 1000 lat. Były to tajemnicze kopce w dolinie Boyne. Zbudowane po to, by witać lub żegnać słońce - wtedy jeszcze boga Słońce. Dałem się porwać temu pogańskiemu rytuałowi. Czekanie na wschód słońca na końcu długiego korytarza we wnętrzu góry podczas najkrótszego dnia w roku było jak podróż w czasie. Zobaczenie tego wschodu na własne oczy było dla mnie bezcenne.
 Neolityczne grobowce: Newgrange, Knowth i Loughcrew
Po przybyciu do Irlandii szybko zorientowałem się, że jej historię najlepiej przechowują kamienie. W dolinie Boyne znalazłem mnóstwo kamieni rozrzuconych gdzieś po łąkach i polach. Każdy z nich był już wcześniej odnaleziony, nazwany i opisany. Z wyjątkiem jednego, który nazwałem sam. W podzięce kamień wygrał dla mnie konkurs fotograficzny :) 
 
Dziurawy kamień Hurlstone, kamień Kingsmountain, grobowiec Fourknocks  i "mój" własny menhir
Dolina Boyne to wschodnie hrabstwa Louth i Meath. Najsuchsze tereny Zielonej Wyspy, idealne do uprawiania pierwszych zbóż przez neolitycznych farmerów. W przerwach między swoimi codziennymi zajęciami wznosili oni niecodzienne kamienne rzeźby, które do dziś można oglądać na polach współczesnych farmerów. 
 Grobowiec Loughcrew, kamienny krąg, celtycki krzyż
W czasach Celtów najważniejsze funkcje w społeczeństwie sprawowali "leśni kapłani" - druidzi. Od rana do nocy i od narodzin do śmierci to oni wyznaczali rytm życia, wszelkie prawa i obrzędy. Królowie Irlandii rządzili krajem ze wzgórza Tara a leśni druidzi mówili im jak to robić. W sam środek tej hierarchii wkroczył św. Patryk ze swoją Dobrą Nowiną. Na sąsiednim wzgórzu Slane zapalił w 433 roku wielkanocny płomień, który do dziś uważany jest za moment wprowadzenia chrześcijaństwa w Irlandii. Wzgórza Tara i Slane leżą po przeciwnych stronach rzeki Boyne, jak dwa różne światy.   

Wzgórze Tara i wzgórze Slane
Spotkanie dwóch całkowicie odmiennych religii zaowocowało powstaniem nowego symbolu chrześcijańskiego - celtyckiego krzyża. W dolinie Boyne stoją piękne przykłady kamiennych monumentów z IX wieku. Te bogato rzeźbione olbrzymy oglądać można w Kells, w Monasterboice i w Castlekeeran.
 Celtyckie krzyże w Monasterboice, w Kells i w Castlekeeran
W Kells powstała również księga z Kells, najlepiej zachowany przykład ilustrowanego średniowiecznego manuskryptu, przechowywany obecnie w bibliotece Trinity College w Dublinie. Z czasów Book of Kells pochodzą również budowle, których nie ma nigdzie indziej na świecie - okrągłe wieże. Wejście do wieży znajdowało się kilka metrów nad ziemią. Dzięki temu Wikingowie nie ukradli najcenniejszych rzeczy tamtego świata, np. księgi z Kells.
  
Po średniowiecznych irlandzkich mnichach oprócz cennych ksiąg pozostały piękne ruiny klasztorów. W dolinie Boyne najważniejsze to Bective Abbey i Mellifont Abbey. W tych murach teraz na przemian hula wiatr, świeci słońce i pada deszcz, a powoli zanikające płaskorzeźby opowiadają bezgłośnie dawne historie.
  Opactwo Bective nad rzeką Boyne
Mnisi żyjący w dolinie Boyne pozostawili dużo więcej niż manuskrypty i romantyczne ruiny. Ich najważniejszą średniowieczną rolę postaram się przedstawić niebawem.   
Klasztorów i innych ruin położonych w dolinie Boyne jest mnóstwo. Można nawet wybierać obrządek katolicki lub protestancki. Pośród spokojnych pastwisk w dolinie Boyne pojawia się zamek w Trim, słynna z filmu "Braveheart" warownia, największy anglo-normandzki zamek w Irlandii. W Trimie znaleźć można więcej średniowiecznych budynków niż w jakimkolwiek innym mieście w Irlandii. Oprócz zamku i miejskich zabudowań są tu ruiny trzech klasztorów - Augustianie, Franciszkanie i Dominikanie byli tu już w XIII wieku.  
  Zamek w Trim
Najważniejsza w historii Irlandii bitwa stoczona została właśnie nad rzeką Boyne. W przeróżnych albumach, muzeach i galeriach można dziś zobaczyć obrazy tej bitwy. Obrazy na murach w Belfaście oglądają z okna tylko protestanci, którzy tę bitwę wygrali. Na ich osiedlach nie powinien pojawiać się żaden samochód z rejestracją z katolickiej Republiki Irlandii, bo kamień zawsze wybija szybę.    
  Bitwa nad rzeką Boyne, murale w Belfaście i polski akcent bitwy
Zamek Slane nad rzeką Boyne jest założony przez Anglików. W odróżnieniu od innych zamków w ruinach - jest dobrze utrzymany. Raz na jakiś czas odbywają się tu koncerty rockowe. Pierwszym wielkim koncertem był U2 a ostatnim The Rolling Stones. Byłem wtedy bardzo blisko satysfakcji.   
  Zamek w Slane
Zamek w Slane jest dziś prywatną posiadłością podobnie jak piękny Beaulieu House - położony nad brzegiem Boyne pałac opowiadający o 350 latach swojej świetności.
  
W dolinie rzeki Boyne historię Irlandii znaczą kamienie nierzadko pokryte zielonym wszędobylskim bluszczem.

sobota, 8 stycznia 2011

Na zamku Malahide

Nie znam nikogo, kto mógłby powiedzieć, że jego rodzina mieszka w tym samym miejscu od 800 lat. Zamek w nadmorskim Malahide był rezydencją rodziny Talbotów od 1169 do 1973 roku czyli przez 804 lata. Ostatni z Lordów Talbot zmarł nie pozostawiając potomka, zamek Malahide został przekazany wtedy lokalnym władzom. Obecnie zamek otwarty jest dla zwiedzających przez cały rok, bilety po 7,50.
  
Historia zamku to w uproszczeniu cała historia Irlandii od najazdów Wikingów aż do wstąpienia do Unii Europejskiej. Osiem wieków historii zaklętej w kamiennym zamku, pięknie zadbanym i chętnie odwiedzanym, jako że z lotniska to tylko 15 minut.

W XII wieku podczas normańskiej inwazji na Irlandię ziemie Malahide zostały przyznane francuskiej rodzinie Talbot. Jak na przykładnego rycerza normańskiego przystało Sir Ryszard Talbot na początek zbudował kamienną wieżę. Była ona jednocześnie ufortyfikowanym domem dla Talbotów oraz ich służby i wszystkich zwierząt. Były to burzliwe czasy, dlatego teraz po całej Irlandii rozsiane są ruiny wielu podobnych wież. Malahide Castle jest rzadkim przykładem takiego wczesnego normandzkiego zamku, który przetrwał wszystkie ataki i znacznie się rozrósł do naszych czasów. 

Komnaty nie są już oświetlane kagankami, z podłóg zniknęły słomiane maty, w oknach pojawiły się szyby, a na parterze sklep z pamiątkami i restauracja, więc zamek nie przypomina już wcale pierwotnej normandzkiej warowni z XII wieku. Malahide Castle jest tak naprawdę muzeum, w którym obok pięknie rzeźbionego talizmanu z XVI wieku, krzeseł z drzewa orzechowego i pozłacanych drewnianych stołów z XVIII wieku podziwiać można ręcznie tkane dywany oraz kopie watykańskich fresków Rafaela i obrazy wypożyczone z Galerii Narodowej w Dublinie. 
 

Spotkałem się z głosami, że na zamku Malahide bywa tłoczno, dla równowagi dodam, że w pewne dni bywa też pustawo. W sam raz na delektowanie się detalami. Bez przeszkód mogłem przyjrzeć się ręcznie rzeźbionej kolejce, wiktoriańskiej Arce Noego, którą dzieci mogły bawić się tylko w niedzielę oraz prababci lalki Barbie spoczywającej od 200 lat w łóżeczku tuż obok równie leciwego konika na biegunach.   
 

Zamek, który przetrwał 800 lat wie jak witać kolejnych przybyszów - przy zakupie biletów otrzymuje się komentarz przewodnika w tłumaczeniu na swój własny język - wszystko jest ładnie spięte sztywnymi okładkami. To bardzo pomaga - nie wszyscy turyści znają słowa: "mosiądz", "rzemiosło" czy też "w przededniu".   
  
W przededniu wielkiej bitwy nad rzeką Boyne w tej oto sali zjedli wieczerzę wszyscy mieszkańcy zamku Malahide. Dzień później, 12 lipca roku 1690, na kolejnej kolacji pojawiły się tylko kobiety. Wszyscy wojownicy polegli bowiem rankiem nad rzeką Boyne. O polskim akcencie tej najważniejszej irlandzkiej bitwy pisałem tutaj.
  
Na koniec zwiedzania warto wejść do zamkowej biblioteki i pogłaskać palcem grzbiety ksiąg wydanych 300 lat temu. Zamierzam tam wrócić wiosną, kiedy ogrody Malahide odżyją po raz kolejny.   
 

środa, 3 listopada 2010

Wielki mur irlandzki i dolina ciszy

Slieve Donard jest najwyższym szczytem w górach Mourne i w całej Irlandii Północnej. Ma wysokość 850 metrów n.p.m. przy czym poziom morza jest tu dosłownie u stóp góry.
  
Na zdobycie Slieve Donard potrzeba co najmniej pięciu godzin. Jedna z tras zaczyna się na nadmorskim parkingu tuż przy moście Bloody Bridge. Nazwa ta związana jest z masakrą z 1641 roku. Szlak zaczyna się od strumienia wpadającego do Morza Irlandzkiego.
  
Szlak biegnie cały czas pod górę głównie wzdłuż tego coraz węższego strumienia. Surowy krajobraz urozmaicany jest przez szum wody, towarzystwo nieznanych mi roślin o kokosowym aromacie i wyłaniające się zza horyzontu góry w Szkocji. 
  
Po około pięciu kilometrach niknącą czasem ścieżkę przecina coś raczej w górach niespotykanego. To Mourne Wall, długi kamienny mur ciągnący się przez 15 ze wszystkich 20 szczytów gór Mourne i otaczający w ten sposób wielką dolinę.
    
Mur zbudowany jest tradycyjną irlandzką techniką „dry stone walling”, bez żadnej zaprawy. Granitowe kamienie leżą po prostu jeden na drugim. 
  
Surowiec pochodzi ze nieczynnych od lat 30. kamieniołomów, które mijaliśmy pół godziny wcześniej. Jeżeli ktoś w tym miejscu poczuje się zmęczony dwugodzinną wędrówką, to może sobie pomyśleć o ludziach, którzy kiedyś po przyjściu do pracy od tego miejsca dopiero zaczynali nosić i układać te kamienie. Robili tak przez 18 lat (1904 -1922). 
  
Wielki Mur Irlandzki ma długość 35 kilometrów, wysokość ok. 1,5 metra i metr szerokości, u góry jest płaski. Jeżeli jest sucho to można po nim iść. Do przechodzenia na druga stronę muru służą odpowiednie pomosty z drabinami. 
  
Obszar wewnątrz muru to Silent Valley – „dolina ciszy”. Otoczenie jej kamiennym murem miało na celu stworzenie odpowiednich warunków do gromadzenia rezerw czystej górskiej wody dla okolicznych mieszkańców.   
  
Pomysł się udał lepiej niż zamierzano, bo od kilkudziesięciu lat w wodę z Silent Valley zaopatrywane jest nie tylko całe hrabstwo Down ale też większość domów w Belfaście. Na zboczach góry Slieve Donard można napełnić swoje manierki prawie że u źródła.
  
Silent Valley to prawdopodobnie jedyne miejsce na całej Zielonej Wyspie, gdzie nie ma owiec ani krów więc trawa może rosnąć tu bez żadnych przeszkód.
 

sobota, 26 czerwca 2010

Zamek w Athlone

 Athlone leży w hrabstwie Westmeath, to największe irlandzkie miasto leżące w głębi lądu. Komunikację z morzami zapewniała tu od zawsze żeglowna rzeka Shannon – najdłuższa w Irlandii (386 km). Athlone leży prawie w środku Wyspy, a w samym centrum tego bardzo ruchliwego miasta wznosi się historyczny zamek.
  
Normanowie zbudowali zamek z kamieni w 1210 roku zastępując drewnianą dotychczas budowlę z XII wieku. Od tamtej pory twierdza w Athlone stanowiła strategiczny i bardzo oporny punkt w każdej irlandzkiej wojnie, dlatego republikanie proponują właśnie tu, w Athlone utworzyć stolicę Zjednoczonej Republiki Irlandii, kiedy już Irlandia Północna się zgodzi. Dopiero w roku 1969 zamek przestał pełnić funkcję garnizonu wojskowego i został udostępniony cywilom. Skorzystałem szparko z tej okazji, jako żem do rezerwy przeniesion.
  
Zamek stojący na brzegu szerokiej rzeki, na granicy prowincji Leinster i Connacht, otwierający drogę do zachodniej części kraju musiał być na celowniku wielu działowych w każdej bitwie nad Shannon. Dlatego jedynym budynkiem, który przetrwał od 1210 roku jest centralnie położony keep, albo jak kto woli donjon – czyli po naszemu stołb. Baszta, najtrudniejsza do zdobycia w samym środku twierdzy. Masywna 12-ścienna budowla jako jedyna przetrwała oblężenie w 1691 roku kiedy przybyli tu zaraz po bitwie nad rzeką Boyne zwycięscy Williamici krwawo krzewiący protestantyzm w katolickim kraju. Zamek w Athlone zajęty przez Jakobitów nie poddał się, mimo że spadło na niego 12 tysięcy pocisków armatnich i 600 bomb z katapult.
  
Kupując bilet dowiedziałem się, że będę jedynym zwiedzającym i zostałem poinstruowany jak mam się zachowywać w tym historycznym miejscu. Otóż zamek w Athlone jest obecnie przykładem całkowicie zautomatyzowanego samo-zwiedzającego się obiektu o tak doniosłym znaczeniu historycznym. Na początku kupujesz bilet, potem po całym obiekcie oprowadzą cię małe guziki przy drzwiach.
  
Wcisnąłem pierwszy guzik, usiadłem w sali projekcyjnej. Zgasło światło, na ekranie pokazała mi się historia miasta na filmie. Potem światło się zapaliło więc wstałem, a głos z taśmy zaprosił mnie do kolejnej sali, gdzie po naciśnięciu guzika pokornie usiadłem i obejrzałem również na filmie dość realistyczne przedstawienie oblężenia zamku w 1691 roku. W kolejnych salach dowiedziałem się wielu ciekawych szczegółów na temat długiej rzeki Shannon oraz towarzyszących jej kanałów Royal Canal und Grande Canale, zależnie od wersji językowej (polska wersja niedostępna).
  
Dalej posłuchałem głosów ptaków gniazdujących w krzakach nad Shannon, poznałem neolityczne budowle w tym rejonie oraz poznałem szczegółowe umundurowanie wszystkich po kolei irlandzkich żołnierzy aż do tych najnowszych.
  
Na koniec 45-minutowej wędrówki za kolejnymi guzikami zasiadłem znowu w fotelu w pewnej ciemnej sali, gdzie po odsłonięciu kurtyny ujrzałem człowieka śpiewającego tenorem. Był to światowej sławy John McCormack (1884 –1945). Głos z taśmy zapoznał mnie z jego rodzicami, osiągnięciami tenora we Włoszech, Australii i Monte Carlo… Siedząc sam w pustej sali koncertowej i patrząc na figurę z wosku śpiewającą tenorem z trzeszczącej taśmy poczułem się bardzo zmęczony tą wycieczką po zamku. Wydaje mi się, że McCormack miał tyle wspólnego z tym zamkiem, co ja z całym Athlone. Może dla miejscowych jest to najlepsza atrakcja tej wycieczki, ja cieszyłem się, że to była ostatnia sala do zwiedzania.
  
Pochodziłem po murach, zajrzałem do baszty - tej najstarszej. Obecnie jest tam folklorystyczny skansen z wieloma zgromadzonymi przedmiotami, na moje oko wszystkie mogły zostać wyniesione z okolicznych pubów, ale niech im tam. Strażnik tam był, pierwsza żywa osoba po bileterce. Poczułem się przez chwilę jak w skansenie na Mazurach.

Dużym niedopatrzeniem jest całkowite pominięcie w tych wszystkich guzikach na ścianie historii samego zamku. Wiadomo, że był niszczony, wiadomo że to najdłużej funkcjonujący garnizon w Europie (od 1697 do 1969 r.) ale poza tym niewiele. Nawet duchów nie ma, tylko widok na marinę na rzece Shannon i samo miasto, tak typowe dla Irlandii.

    
Kiedy dwa lata temu mijałem zamek w Athlone, pomyślałem że fajnie byłoby go zwiedzić. Niestety, te czasy już nie wrócą. Dlatego znów poszedłem do pobliskiego Sean's Bar, który szczęśliwie jest najstarszym pubem w Europie, co poświadcza certyfikat z Księgi Rekordów Guinnessa wiszący na jednej ze ścian. Tam od miejscowych można dowiedzieć się tego, czego zabrakło zamkowym guzikom.  Athlone leży w hrabstwie Westmeath, to największe irlandzkie miasto leżące w głębi lądu. Komunikację z morzami zapewniała tu od zawsze żeglowna rzeka Shannon – najdłuższa w Irlandii (386 km). Athlone leży prawie w środku Wyspy, a w samym centrum tego bardzo ruchliwego miasta wznosi się historyczny zamek.
  
Normanowie zbudowali zamek z kamieni w 1210 roku zastępując drewnianą dotychczas budowlę z XII wieku. Od tamtej pory twierdza w Athlone stanowiła strategiczny i bardzo oporny punkt w każdej irlandzkiej wojnie, dlatego republikanie proponują właśnie tu, w Athlone utworzyć stolicę Zjednoczonej Republiki Irlandii, kiedy już Irlandia Północna się zgodzi. Dopiero w roku 1969 zamek przestał pełnić funkcję garnizonu wojskowego i został udostępniony cywilom. Skorzystałem szparko z tej okazji, jako żem do rezerwy przeniesion.
  
Zamek stojący na brzegu szerokiej rzeki, na granicy prowincji Leinster i Connacht, otwierający drogę do zachodniej części kraju musiał być na celowniku wielu działowych w każdej bitwie nad Shannon. Dlatego jedynym budynkiem, który przetrwał od 1210 roku jest centralnie położony keep, albo jak kto woli donjon – czyli po naszemu stołb. Baszta, najtrudniejsza do zdobycia w samym środku twierdzy. Masywna 12-ścienna budowla jako jedyna przetrwała oblężenie w 1691 roku kiedy przybyli tu zaraz po bitwie nad rzeką Boyne zwycięscy Williamici krwawo krzewiący protestantyzm w katolickim kraju. Zamek w Athlone zajęty przez Jakobitów nie poddał się, mimo że spadło na niego 12 tysięcy pocisków armatnich i 600 bomb z katapult.
  
Kupując bilet dowiedziałem się, że będę jedynym zwiedzającym i zostałem poinstruowany jak mam się zachowywać w tym historycznym miejscu. Otóż zamek w Athlone jest obecnie przykładem całkowicie zautomatyzowanego samo-zwiedzającego się obiektu o tak doniosłym znaczeniu historycznym. Na początku kupujesz bilet, potem po całym obiekcie oprowadzą cię małe guziki przy drzwiach.
  
Wcisnąłem pierwszy guzik, usiadłem w sali projekcyjnej. Zgasło światło, na ekranie pokazała mi się historia miasta na filmie. Potem światło się zapaliło więc wstałem, a głos z taśmy zaprosił mnie do kolejnej sali, gdzie po naciśnięciu guzika pokornie usiadłem i obejrzałem również na filmie dość realistyczne przedstawienie oblężenia zamku w 1691 roku. W kolejnych salach dowiedziałem się wielu ciekawych szczegółów na temat długiej rzeki Shannon oraz towarzyszących jej kanałów Royal Canal und Grande Canale, zależnie od wersji językowej (polska wersja niedostępna).
  
Dalej posłuchałem głosów ptaków gniazdujących w krzakach nad Shannon, poznałem neolityczne budowle w tym rejonie oraz poznałem szczegółowe umundurowanie wszystkich po kolei irlandzkich żołnierzy aż do tych najnowszych.
  
Na koniec 45-minutowej wędrówki za kolejnymi guzikami zasiadłem znowu w fotelu w pewnej ciemnej sali, gdzie po odsłonięciu kurtyny ujrzałem człowieka śpiewającego tenorem. Był to światowej sławy John McCormack (1884 –1945). Głos z taśmy zapoznał mnie z jego rodzicami, osiągnięciami tenora we Włoszech, Australii i Monte Carlo… Siedząc sam w pustej sali koncertowej i patrząc na figurę z wosku śpiewającą tenorem z trzeszczącej taśmy poczułem się bardzo zmęczony tą wycieczką po zamku. Wydaje mi się, że McCormack miał tyle wspólnego z tym zamkiem, co ja z całym Athlone. Może dla miejscowych jest to najlepsza atrakcja tej wycieczki, ja cieszyłem się, że to była ostatnia sala do zwiedzania.
  
Pochodziłem po murach, zajrzałem do baszty - tej najstarszej. Obecnie jest tam folklorystyczny skansen z wieloma zgromadzonymi przedmiotami, na moje oko wszystkie mogły zostać wyniesione z okolicznych pubów, ale niech im tam. Strażnik tam był, pierwsza żywa osoba po bileterce. Poczułem się przez chwilę jak w skansenie na Mazurach.

Dużym niedopatrzeniem jest całkowite pominięcie w tych wszystkich guzikach na ścianie historii samego zamku. Wiadomo, że był niszczony, wiadomo że to najdłużej funkcjonujący garnizon w Europie (od 1697 do 1969 r.) ale poza tym niewiele. Nawet duchów nie ma, tylko widok na marinę na rzece Shannon i samo miasto, tak typowe dla Irlandii.

    
Kiedy dwa lata temu mijałem zamek w Athlone, pomyślałem że fajnie byłoby go zwiedzić. Niestety, te czasy już nie wrócą. Dlatego znów poszedłem do pobliskiego Sean's Bar, który szczęśliwie jest najstarszym pubem w Europie, co poświadcza certyfikat z Księgi Rekordów Guinnessa wiszący na jednej ze ścian. Tam od miejscowych można dowiedzieć się tego, czego zabrakło zamkowym guzikom. 

O CZYM JEST TEN BLOG

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...