Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malin Head. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malin Head. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 października 2023

Dzień 3. Malin Head - Slieve League

Otwieramy oczy jeszcze przed budzikiem i opowiadamy sobie koszmary, które mieliśmy w nocy. Nie wiem czy to wpływ tych wszystkich instalacji w jadalni i przed domem, czy Diabelskiej Dziury, a może duchów hiszpańskich żołnierzy z Wielkiej Armady, którzy zatonęli tu podczas sztormu w 1588 roku, w każdym razie musimy zacząć śniadanie od solidnej kawy. Szklane głowy stojące przed wejściem do domu na Malin Head (głowa) wypełnione przeróżnymi treściami wczoraj nas ostrzegały, że w tym pensjonacie może być coś nie tak.




Audrey zbiera zamówienia, dla nas to samo, co wczoraj. Moim zdaniem zestaw bogatszy w porównaniu z Irlandią Północną, są dwa plastry bekonu i dwie kiełbaski. No i nie ma fasolki. Nasi towarzysze śniadania są trochę starsi od nas, ona ma 58 lat, jej mąż 61, oboje są już na emeryturze. Siedzimy wszyscy przy śniadaniu boso, jak sobie życzyła właścicielka "domu bez butów". Abigail urodziła się w Anglii, ale wychowała na Bahamach, Diego pochodzi z Hiszpanii. Po latach pracy w branży nieruchomości stać ich na taki spokojny objazd całej Irlandii, kraju, który chcieli razem zwiedzić. Rozmawiamy o pogodzie, o irlandzkich promach, "Grze o Tron" (są fanami tego serialu), o przechodzeniu na emeryturę. Dowiaduję się od nich, że rejs na Skellig Michael kosztuje już €120 od osoby. Ja pamiętam cenę €50. Mówię im, że są moimi niedoszłymi klientami, bo do takich ludzi jak oni kierowałem swoją ofertę. Opowiadają o wczorajszym magicznym zachodzie słońca, które widzieli w Dziurze Diabła (Hell’s Hole), miejscu do którego wczoraj nie dotarliśmy. Pokazują zdjęcia. Rzeczywiście kolory klifów, nieba i wody robią wrażenie. Robimy sobie pamiątkową fotkę, uzyskuję zgodę na publikację tutaj i rozjeżdżamy się w przeciwne strony. Oni jadą oglądać Titanica a my klify i plaże zachodniej Irlandii. Ich wycieczka będzie w sumie trwać 30 dni!



Od Abigail i Diego dowiaduję się, że w Stanach bardzo popularnym połączeniem jest grzanka posmarowana solonym masłem i dżemem. Nie trzeba mnie długo namawiać. Rzeczywiście, łapię ten smak, zwłaszcza że uwielbiam irlandzkie solone masło. Nie spodziewałem się! Pakujemy się, sprawdzamy czy coś nie zostało w gniazdkach i jedziemy po naszą amerykańską rodzinę. Niebo mówi "będzie padać albo padać nie będzie".






Nasi Amerykanie są już gotowi. Płacę Mary za nocleg kartą, w irlandzkich B&B najczęściej płaci się po śniadaniu. Z góry płaci się najczęściej w hotelach. Przy rezerwacji przez booking.com można czasem spodziewać się, że płatność zostanie ściągnięta z karty kredytowej nawet 10 dni przed przybyciem na nocleg. Czekamy aż terminal połączy się z siecią, jesteśmy w Donegal, gdzie internet hula jak chce, w międzyczasie Mary pokazuje mi przez okno inną drogę, którą możemy pojechać do kolejnego przystanku. Oczywiście pojadę tamtędy, zawsze brałem pod uwagę wskazówki miejscowych. Pakujemy bagaże, bierzemy z bagażnika świeżą wodę na drogę i ruszamy.


Po 20 minutach zjeżdżam z asfaltu i pomiędzy wydmami pokrytymi falującą trawą dojeżdżam do końca drogi. Nikogo poza nami tu nie ma, nawet przypadkowego człowieka z psem na spacerze. Jesteśmy sami na Five Fingers Strand (Plaża Pięciu Palców). Jest znowu odpływ, więc jest gdzie pochodzić i spalić trochę śniadania. Nazwa plaży wzięła się podobno od skał, które mają wyglądać jak pięć palców, niestety rozglądamy się jak John Travolta w Pulp Fiction, nikt nie umie wypatrzyć pięciu skalistych palców. 





Chodzimy po plaży, szukamy fajnych muszelek do naszego słoja z muszlami, który stoi w łazience. Robi się coraz cieplej, chmury znikają, pojawia się słońce. Rozmawiamy o ostatniej nocy. My mieliśmy jakieś dziwne sny, a naszą Becky i Scotta ktoś próbował w nocy porwać. Koło drugiej w nocy obudziło ich szarpnięcie za klamkę od pokoju, za chwilę drugie. Ktoś próbował po ciemku wejść do ich pokoju. Dziwne, bo wszystkie pokoje w ich B&B są wyposażone w łazienki, więc nikt nie mógł szukać np. toalety na schodach i nie trafić do swojego pokoju. Dziewczynki też nie próbowały się do nich dostać ze swojego pokoju. Zagadka nie została rozwiązana. Dobrze, że wszyscy dożyliśmy do rana.


Kończymy spacer, pora ruszać dalej. Nasz kolejny cel podróży pojawił się wczoraj na promie, wpasowałem go idealnie w nasz gryplan. Zobaczyliśmy plakat zapraszający do jednej z Famine Village, w której można dodatkowo skosztować "poitín" czyli irlandzkiej księżycówki. Scott chętnie pozna ten smak i porówna z innymi produktami z gatunku moonshine, które poznał podróżując po różnych stanach i krajach. Żeby tam się dostać musimy okrążyć zatokę, bo wioska jest dokładnie po drugiej stronie wody. Na miejsce przyjeżdżamy dokładnie o 10.00, kiedy otwierają. Duży parking oznacza, że na tym odludziu Doagh Famine Village została dobrze wypromowana, zmieści się tu niejeden autokar. 



Byłem tu kiedyś, więc wiem, że zwiedzanie potrwa około godziny. Odprowadzamy rodzinkę do kasy, zamieniam słówko z farmerem, który od lat pełni tu całodobowy dyżur na traktorze i idziemy na plażę po tej stronie zatoki. Teraz plażę Pięciu Palców widać jak na dłoni, jesteśmy dokładnie po drugiej strony zatoki. 



Doagh Famine Village to jedno z tych miejsc, gdzie można poznać wiejskie życie w XIX wiecznej Irlandii w czasach, kiedy kraj dotknęła klęska głodu. Zaraza ziemniaczana spowodowała, że milion ludzi wtedy zmarło, a drugi milion ludzi wyjechało ratować się za granicę. Dzięki temu w Irlandii mieszka teraz 5 milionów Irlandczyków, a poza jej granicami jest ich 70 milionów.









Mimo, że pięciu palców wciąż nie widać, to jej nazwa nawiązuje do symboliki dłoni - pomocnej, witającej, pokazującej zwycięstwo. Od mojego najmłodszego syna dowiedziałem się niedawno, że pojawił się w młodzieżowym slangu nowy termin pokazywany dłonią: essa, jako coś pozytywnego.


Moja żona zauważa, że są tu na pustej plaży koła ratunkowe, które można wykorzystać w razie potrzeby. Nie zliczyłbym takich kół, które widziałem w potrzebnych miejscach w Irlandii, na plażach, wzdłuż rzek i kanałów, tu jest to norma, nikt ich nie kradnie.

W języku polskim plaża to plaża, w języku angielskim są co najmniej dwa słowa: beach i strand. Nie do końca wiem, na czym polega różnica ale na wycieczkach z Amerykanami wolę jeździć w miejsca, które nazywają się np. Five Fingers Strand, bo "beach" to homonim i mogę się pomylić z wymową i wtedy mógłbym powiedzieć Five Fingers Beach i mogłoby to zabrzmieć jak "pięciopalczasta dzi*ka". Rozmawiam o tym z Becky, pracuje w szkole jako logopeda, więc w dalszej drodze wymieniamy uwagi o innych angielskich homonimach.



Z jednej strony Famine to smutny temat, z drugiej jednak w tym miejscu naprawdę można się zanurzyć w wiejskie klimaty jeszcze sprzed Wielkiego Głodu i zobaczyć, jak lokalna społeczność wtedy żyła. Doagh Famine Village to okazja na wartościową i pouczającą wizytę.


Przy zejściu na plażę stoi ławeczka upamiętniająca mieszkającego gdzieś tu w okolicy Charlie Herrona, zmarłego na raka kilka lat temu, lokalnego muzyka. Zaraz po nim zmarła, również na raka, jego żona Collette. Podoba mi się ten sposób wpisania w lokalną pamięć. Takich ławeczek widziałem w Irlandii mnóstwo.


Kolejny przystanek wymaga od nas pojawienia się znów w Północnej Irlandii. Zaplanowałem to miejsce z dwóch powodów. Po pierwsze to bardzo ładne miasto otoczone murem. Po drugie od wielu lat Martin McCrossan oprowadza po tych murach piesze wycieczki i jest to bardzo wartościowe doświadczenie. Miasto jest drugim po Belfaście skupiskiem, gdzie pomiędzy sobą mieszkają dwie skonfliktowane społeczności katolików i protestantów.









Nadal mamy do przejechania półwysep Inishowen, co zajmie jakąś godzinę. Musimy zdążyć do Derry na 12:00, bo wtedy zaczyna się piesza wycieczka. Mijamy ładne i czyste wioski, zwraca uwagę brak koszy na śmieci oraz blaszane stodoły, które moim zdaniem szpecą krajobraz, ale rozumiem ich znaczenie w kwestii suszenia trawy na zimę jako pożywienia dla zwierząt. Omijam kobietę, która biegnie z wózkiem po asfalcie. W Irlandii generalnie nie ma poboczy na lokalnych drogach, więc jazda rowerem czy spacery zawsze nosi ze sobą pewne ryzyko, że ktoś za kierownicą nie zauważy. Pamiętam jak w 2007 jechałem rowerem z Kells do Slane na koncert Rolling Stonesów, a potem po ciemku wracałem. Poznałem wtedy smak ryzyka na lokalnych drogach.



T-junction to skrzyżowanie w kształcie litery T. Czyli dalej tylko w prawo lub w lewo. Bardzo częste w Irlandii. Na tym skrzyżowaniu mogę wybrać, czy wracać na prom do Północnej Irlandii przez Moville, czy jechać do Północnej Irlandii przez Derry. Tu też widać bardzo typowe dla Republiki Irlandii wsparcie dla lokalnych sportowców, którzy jadą gdzieś reprezentować hrabstwo lub miejsowy klub na turniejach gaelic futbool czy hurlinga, sporty nieznane w żadnym innym kraju.


Tuż przed Derry zaczyna się znowu Irlandia Północna, na telefon przychodzi sms z powitaniem i stawkami za minutę, tabliczki przy drodze zmieniają kolor, a limit prędkości przechodzi z kilometrów na mile. Można nie zauważyć, że znowu wyjechaliśmy z Unii Europejskiej.


W zależności od mapy, której używasz, miasto to zwie się Derry lub Londonderry. Człon "London" został dodany, aby było raźniej londyńskim rzemieślnikom, którzy zostali wysłani przez króla Jakuba I Stuarta w XVII wieku w celu stworzenia w tym miejscu najpotężniejszej angielskiej twierdzy na ziemi irlandzkiej i najbardziej wysuniętej na zachód. Od tamtej pory dużo tu się działo, ale to już przeszłość, na dowód tego na rondzie przy rzece katolik i protestant podają sobie ręce. Rzeźba nazywa się "Hands Across the Divine" i ma podobne znaczenie jak kładka przez rzekę Foyle (Peace Bridge), którą bez strachu można przejść z katolickiej strony Bogside na protestancką Waterside. Panowie, teraz się już nie bijemy, chodźmy lepiej na zakupy lub na piwo. Akurat.



Przez wiele lat tablice z napisem Derry stojące przy wjeździe do miasta były niszczone przez protestantów. Z kolei na tabliczkach z napisem Londonderry słowo "London" było zamazywane przez katolików. W końcu władze miasta zrezygnowały z tabliczek z obydwoma nazwami na rogatkach i obecnie wjeżdżając do miasta z dowolnej strony widzimy wysokie kamienne słupy z napisem The Walled City (miasto otoczone murem) czyli Twierdza. Pamiętam, jak autobusy jadące tu z Dublina wyświetlały w dni parzyste Londonderry a w nieparzyste Derry. 



Martin McCrossan i jego ekipa mają 4 wycieczki dziennie, bez względu na pogodę. Wystarczy pojawić się w miejscu zbiórki. Nie mamy funtów, ale można zapłacić kartą w pobliskiej kawiarni Coffee House Java na Artillery Street. Jest minuta przed południem, jesteśmy na styk, widzę już Martina i grupkę turystów przy wejściu do centrum Foyleside. Wycieczka zaraz się zacznie. Nie ma tu gdzie zaparkować, więc wysadzam naszą piątkę Amerykanów na środku ulicy, mówię im, gdzie jest kawiarnia do kupowania biletów (6 funtów za osobę), gdzie ich znajdę po wycieczce i odjeżdżam. Trwało to może półtorej minuty na jednokierunkowej ulicy, za mną kilka samochodów, nikt na mnie nie zatrąbił. Przypomnę, że z tablicami rejestracyjnymi od dublińskiego SIXTa z automatu wszyscy jesteśmy katolikami.


Już na spokojnie dojeżdżam na duży miejski parking w środku Twierdzy, parkuję w cieniu, bo wciąż jest gorąco. Idę do parkomatu zapłacić za dwie godziny. No tak, znowu parkomat tylko na monety. Klepię się po kieszeniach, jakbym miał stamtąd wyklepać jakąś monetę z Elżbietą. Facet, który właśnie wyjmuje swój bilet parkingowy pyta mnie, czy może w czymś pomóc. Jasne, rozmieni mi 10 euro na 8,65 funtów. Dobra, wezmę tylko 5. Facet bez zbędnej sylaby wrzuca 2 funty do parkomatu, klepie mnie po ramieniu, mówi "good man yourself, enjoy Derry" i daje mi bilet na 2 godziny. Powiedział "Derry", znaczy dobry katolik.


Zabieram żonę na wycieczkę murami Derry/Londonderry. Prosto z parkingu po kilku schodkach wchodzimy na 400 letnie mury i od razu trafiamy na armaty. Armat na pewno w Derry nie brakuje. Każda z nich jest wyposażona w tabliczkę producenta i rok. Wszystkie pochodzą z lat 1610-1630. Były nieraz w użyciu i dobrze spełniły swoją rolę, ponieważ Derry nigdy nie zostało zdobyte. Idziemy do katedry, gdzie można obejrzeć kulę, którą wystrzelono w środek miasta, tylko że ona nie miała w środku trotylu, zawierała list do obrońców.


Budowa murów miejskich na wzgórzu trwała od 1613 do 1618 roku. Cztery bramy i krzyżowy układ ulic z centralnym placem - Diamentem miały zapewnić bezpieczeństwo obrońcom na wypadek oblężenia


Mury miejskie są doskonale zachowane i można po nich spacerować wokół całego starego miasta. Mają długość około 1,5 kilometra i wysokość od 4 do 12 metrów. Z murów rozpościera się widok na położone niżej dzielnice protestantów (Waterside) i katolików (Bogside). W każdym narożniku stoją bastiony uzbrojone w wielkie armaty.


Najbardziej pamiętne oblężenie Derry miało miejsce w latach 1688-1689, tuż przed Bitwą nad Boyne. Przed zbliżającymi się wojskami króla Jakuba II Stuarta w twierdzy schronili się okoliczni mieszkańcy i zwolennicy Wilhelma III Orańskiego. Oblężenie (Siege of Derry) trwało cztery miesiące. Wewnątrz murów zamkniętych było 30 tysięcy ludzi, z czego 8 tysięcy zmarło wskutek głodu, wycieńczenia i chorób. Pieśń "Derry's Walls" upamiętnia to oblężenie, jak również coroczne marsze ulicami miasta oraz widoczna w niektórych miejscach maksyma NO SURRENDER - "nie poddamy się". Kłuje to strasznie katolików, którzy organizują odwetowe marsze i nie widać końca tego konfliktu.


Z czasem w protestanckim mieście zaczęło osiedlać się coraz więcej katolików, głównie w dzielnicy Bogside (bagienna strona rzeki). Protestanci zamieszkiwali w lepszej części miasta i mieli więcej przywilejów. Dyskryminacja i podziały tworzyły wieloletnią historię Derry/Londondery. Dwie różne nazwy miasta i dwie sporne społeczności. Z tego wziął się kolejny przydomek - Stroke City - stroke to ten właśnie ukośnik / a jednocześnie znak podziału pomiędzy społecznościami. Z miejskich murów widać wyraźnie Linię Pokoju podobną do tej w Belfaście - mur oddziela od siebie osiedla jednych i drugich. W innym miejscu na murze domu widoczny jest napis "Lojaliści z zachodniego brzegu Londondery ciągle w oblężeniu - nie poddamy się".  


Z tych murali wygląda na ulice ciągła gotowość do walki, pamięć o przeszłości, lęk o przyszłość, a czasem też nienawiść i nieustająca zawziętość. Trzeba mieć odporność, żeby idąc do sklepu po bułki i masło, mijać obojętnie ogromny obraz namalowany na ścianie przedstawiający 14 - letnią dziewczynkę, która nie tak dawno idąc tędy też po mleko, otrzymała dwie kule w czoło od brytyjskiego żołnierza. Bo tu mieszkała po katolickiej stronie.


Derry zmienia się i mimo swojej krwawej historii nie roztacza nad sobą takiej ponurej atmosfery jak Belfast. Wprawdzie też jeżdżą tu opancerzone samochody policyjne, ale ludzie jakby częściej się uśmiechają i jest bardziej kolorowo. Więcej też jest samochodów z rejestracjami z Republiki Irlandii, pewnie dlatego, że Derry leży tuż przy granicy pomiędzy obiema Irlandiami. Katolików i protestantów oddziela naturalna granica w postaci rzeki Foyle. Czy dlatego jest bezpieczniej?




















Mural przedstawiajacy centrum Derry namalowany wewnątrz Richmond Shopping Center. Musieliśmy tam wejść ze względu na potrzebę odświeżenia się oraz aby zakupić szufelkę i zmiotkę do czyszczenia wnętrza vana z nadmorskiego piasku. Zawsze się coś nanosi.   

W czasie pieszej wycieczki zaczynają bić dzwony w katedrze św. Kolumby i wygrywają tak dziwne melodie, że po pięciu minutach nie daje się tego słuchać. Katedra jest blisko naszego parkingu, więc dźwięk dzwonów jest dość głośny. Z ulgą przyjmujemy koniec koncertu, było to jakoś koło południa. Idziemy jeszcze do tej katedry, chcę pokazać mojej żonie ową kulę armatnią, która wpadła do miasta podczas któregoś oblężenia, ale zamiast materiałów wybuchowych zawierała list o treści "PODDAJCIE SIĘ". Ale Derry nie mogło się poddać. Tysiące ludzi umierało z głodu, ale miasto nigdy nie zostało zdobyte. Dlatego miasto zawdzięcza ma jeszcze jeden przydomek: "The Maiden City" - Dziewicze Miasto.

Tymczasem nasza amerykańska rodzina kończy pieszą wycieczkę z Martinem, dlatego wyjeżdżam z parkingu i krążę wokół pomnika, aż zwolni się miejsce. Wysiadamy do cienia i w tym samym momencie Martin przybywa pod pomnik by opowiedzieć jego znaczenie, podziękować i zebrać gromkie oklaski. Naprawdę warto, polecam jego piesze wycieczki.


Wcześniej Becky poprosiła o znalezienie miejsca, gdzie dziewczyny będą mogły pójść w poszukiwaniu ręcznie robionych pamiątek. Schodzimy jakieś 100 metrów w stronę bramy Shipquay, gdzie od lat znajduje się Craft Village. Umawiamy się za dwie godziny, w tym czasie wszyscy mają ogarnąć wszystkie swoje potrzeby i z pełnymi brzuszkami spotykamy się po trzeciej aby jechać dalej. 


Wyjeżdżamy ze starego Derry bramą Rzeźników, mijamy błonia, z których widać jak olbrzymie i niedostępne są te mury. Przejeżdżamy obok charakterystycznego białego muru, który kiedyś był częścią domu, jest na nim czarny napis "Free Derry Corner". To miejsce to symbol. Obok jest tablica upamiętniająca ludzi, którzy 30 stycznia 1972 roku zginęli w czasie Krwawej Niedzieli. Wszystkie nazwiska ofiar wymienił Bono podczas podczas jednego z koncertów.


Jest trochę po trzeciej, ruch w mieście jest umiarkowany. Po minięciu ostatnich świateł nagle miasto urywa się i zaczyna się wieś. Kilkukilometrowa prosta jak strzała droga na północny zachód wznosi się i opada. Na moim wszystkofonie przyczepionym do kratki wentylacyjnej widzę, jak zbliża się granica, pojawia się pierwszy znak z ograniczeniem prędkości w kilometrach na godzinę, za chwilę przychodzi SMS z powitaniem "welcome back". Znowu jesteśmy w Republice, wokół katolicy-rolnicy, znowu blaszane stodoły, wąska droga i limit prędkości 80 km/h. Czuję się jakbym wrócił do domu, jesteśmy znowu w hrabstwie Donegal.




Nasz kolejny cel pojawia się 10 minut po ostrym wjeździe pod górę. Tu wyznanie przestaje mieć wreszcie znaczenie. Parkuję na szczycie wzniesienia i przenoszę naszych Amerykanów do VII wieku. Trafiamy akurat na sesję zdjęciową młodej pary. Wchodzimy do kamiennego fortu Grianan of Aileach, który był kiedyś siedzibą jednego z władców tego regionu.



Wysokie i grube na 4,5 metra mury miały zapewnić bezpieczeństwo w razie ataku. Całe życie toczyło się wokół grodu, tam była cała osada. Ze środka prowadziły podziemne korytarze, które wychodziły kilkaset metrów poza obrębem fortu, aby zapewnić możliwość ucieczki w razie zdobycia murów przez przeciwnika. Inne korytarze pełniły funkcję spichlerzy, gdzie można było trzymać np. solone masło. 



W obliczu zagrożenia ludzie zabierali zwierzęta do środka i barykadowali się aby przetrwać. Nie ma specjalnie dowodów na to, co tam się wtedy działo. Wszystko co tu napisałem przed chwilą wymyśliłem, bo fort został odrestaurowany dopiero w XIX wieku. 



Od czasu, kiedy tu ostatnio byłem pojawił się podjazd dla wózków inwalidzkich, a ścieżka z parkingu do fortu została utwardzona. Brawo! 



Niestety podjazd dla wózków jest tylko do połowy, dalej trzeba jednak po schodach. Irlandia to kraj dla twardych ludzi. 



Nie ma dziś tu vana z lodami, więc od razu pakujemy się do wozu i ruszamy dalej w Donegal. Wąska droga szybko zamienia się w zwykłą drogę, jest teraz czas pospać aż do czasu, kiedy muszę zwolnić, bo zaczynają się zakręty. Mijam miejscowość Ardara i stację benzynową, na której poznałem Iana Millera, faceta, który wspina się na skały wyrastające z oceanu i którego zaraziłem geocashingiem i teraz sam chowa skrytki w najbardziej niedostępnych miejscach w Irlandii.


Wjeżdżamy na przełęcz Glengesh, po drugiej stronie czekają nas drugie co do wielkości klify Irlandii. Droga się znowu zwęża, idzie ku górze, zakręty znowu się robią takie jakbyś chciał przez ramię sprawdzić kto cię kłuje w plecy. Muszę się rozglądać i przewidywać, zwalniać i przyspieszać, czasem na dwójce.






Mijamy wioskę Teelin, która jest tuż przed klifami. Jedziemy już teraz tylko w górę, mijamy koparki równające teren, powstają tu nowe domy. Dojeżdzam do parkingu, jest tu kilka samochodów i kamperów, mają tu nawet przenośne toalety. Zbliżam się do srebrnej bramy (silver gate). Odwracam się i mówię, że to co teraz zrobię jest legalne. Fajny moment. Zazwyczaj jest napisane na bramie, żeby zamknąć ją za sobą, żeby zwierzęta nie uciekły. Za irlandzką srebrną bramą można czasem znaleźć prawdziwe skarby. 







Zamykam bramę za sobą i pośród owiec pnę się drogą do góry. Nie ma samochodów, jedni ludzie schodzą, inni jeszcze wchodzą. Jest przed 18.00, ale słońce jest jeszcze wysoko, najdłuższe dni w roku dopiero przed nami. Mijamy jeziorko polodowcowe i kolejne zakręty. Po kilku minutach droga się kończy. Na pochyłym parkingu stoi van z lodami podparty klinami, żeby nie zjechał. Lody się skończyły, facet właśnie skończył pracę więc teraz będzie zjeżdżał z klifów. 


Któregoś dnia zostawiłem tu samochód i z czterema Czechami zdobyliśmy te klify. Nie było to trudne zadanie, podejście jest dość łatwe jeżeli tak wysoko można wjechać. 




Zdjęcia z tamtej wyprawy tuż przed zachodem słońca można zobaczyć tutaj. 




Klify Slieve League (601 m.) zaliczone, można zjeżdżać do bazy. Po 15 minutach jesteśmy na miejscu. Mijaliśmy ten pub w drodze na górę. Zawsze mi się Zardzewiała Makrela podobała, bo w środku i na zewnątrz ma klimat, jest przy samej drodze, którą w nocy nikt nie jeździ, wieczorem można posłuchać muzyki na żywo i zjeść kolację, przespać się w wygodnych pokojach na górze i rano zejść na śniadanie znowu do pubu, kiedy pub przecież zamknięty. Miałem dwie grupy, które to miejsce sobie chwaliły, głównie ze względu na ciszę, widoki z okna i jedzenie.   



Chłopak w pubie nalewa dla kogoś piwo, bierze klucze i prowadzi nas przez wahadłowe drzwi na tyły pubu, patrz pan, dobudowali sobie pokoje dla gości za pubem, więc jest jeszcze więcej miejsca. Zaglądamy do środka, nowoczesny wystrój, duże łóżka, czysto, wygląda w porządku. Umawiamy się na rano po śniadaniu i jedziemy na nasz nocleg, który zarezerwowałem zupełnie w ciemno, bo wyglądał przyzwoicie i nigdy tam nie byłem. 


Wjeżdżamy do małego miasteczka Kilcar. Parkuję pod Kilcar Lodge B&B. Tuż obok w dole przyjemnie szumi rzeka. Pokój w porządku, łazienka też, wszystkie nocne lampki działają. Zostawiamy swoje bambetle i bez przebierania się idziemy na Main Street. Na typowej irlandzkiej Głównej Ulicy w małym miasteczku można znaleźć wszystko, co do życia potrzebne, czyli sklep Centra, aptekę, pub ze stacją benzynową i take away. 



Moja żona nie jadła jeszcze rarytasów z take awaya (jedzenie na wynos), więc wchodzimy do jedynego otwartego w tym miasteczku. Nie możemy przecież codziennie jeść w drogich restauracjach. Zamawiamy rybę z frytkami i pizzę. Czekamy na parapecie na zewnątrz, naprzeciwko kilku facetów wyładowuje z vana jakąś maszynę. Widać, że im się nie spieszy i że mają co czym rozmawiać. Wyławiam tylko fragmenty. Atrybuty małego miasteczka, gdzie wszyscy się znają. Zjadamy niedobrą pizzę, dobre frytki i świetnego dorsza i idziemy pod prysznic i do łóżka. 



Za oknem wciąż widno, sprawdzam w telefonie plan na jutro, kiedy przychodzi mail od Becky. Pisze, że w Zardzewiałej Makreli nie jest im za dobrze. W ich pokojach nie ma klimatyzacji, okienko jest małe a za nim ktoś pali papierosy i nawet nie ma jak wywietrzyć. O ile dotrwają do rana, to nie mają ochoty na śniadanie w tym miejscu. I żebyśmy się nie spieszyli z naszym śniadaniem. 


Od razu dzwonię do Zardzewiałej Makreli. Facet mówi, że sprawdzi tych palaczy. Odchodzi od kranów z piwem, bierze ze sobą telefon, słyszę, że otwiera wahadłowe drzwi, woła "hellou" i mówi mi, że tu nikogo nie ma. I że tu jest zakaz palenia, a jak ktoś złamie zakaz i sobie zapali to przecież on sam wszystkich nie upilnuje, bo jest sam na barze. 


Piszę SMS do naszej miłej gospodyni, że ważne sprawy zmuszają nas do opuszczenia jej przytulnego domu z samego rana i żeby nie smażyła nam jajek na śniadanie. Odpisuje mi o 5 rano, że nie ma problemu. Nie wyobrażam sobie, żeby nasi Amerykanie bladzi od niewyspania i braku tlenu, zsiniali od dymu papierosowego i wychudzeni do granic możliwości czekali aż my się najemy Irish Breakfast. Not on my watch!

poniedziałek, 9 października 2023

Dzień 2. Ballycastle - Malin Head

Dzień drugi wycieczki. Schodzimy na śniadanie. Jadalnia jest na parterze, tak jak w każdym porządnym irlandzkim pensjonacie B&B. Od razu wita nas Natasha, pokazuje, gdzie możemy sobie znaleźć płatki, jogurt i owoce, pyta co podać na gorąco. Stoliki są czteroosobowe, więc już za nas została podjęta decyzja kto gdzie siedzi. Starsi razem przy jednym stoliku, córki przy drugim. Nie przyjechałem tu żywić się owsem ani owocami z drugiego końca świata, więc oboje zamawiamy Full Irish. Zgodnie z wielowiekową tradycją ten posiłek ma zapewniać siłę na cały dzień pracy w polu. Akurat. Nie znam żadnego Irlandczyka, który by to jadł codziennie. Pewnie dlatego, że nie znam zbyt wielu Irlandczyków, którzy pracują cały dzień w polu. To oferta dla turystów i to tylko na kilka dni, bo codziennie nie da się tak odżywiać. Masa tłuszczu i kalorii. Dlatego uwielbiam te irlandzkie śniadania. Do tego grzanki ze słonym masłem. Pycha.



Natasha przynosi kawę i pyta dokąd dziś jedziemy. Mówię na jakim etapie wycieczki jesteśmy i opowiadam jej historię z wymianą samochodu i wadliwą oponą, czy tam czujnikiem, a ona mówi, że bardzo dużo ludzi, którzy u niej się wcześniej zatrzymywali narzekali na wynajęte samochody, zwłaszcza po covidzie. Pierwsze miejsce zajmuje ekipa, której pierwszego dnia wycieczki pękła szyba i SIXT powiedział, żeby sobie w markecie kupili srebrną taśmę i zakleili to pęknięcie. SIXT rządzi w Irlandii. Schodzą nasi Amerykanie i zamawiają delikatne śniadanie, bo w Dublinie już poznali co to Irish breakfast. Moim zdaniem nasze pierwsze wspólne śniadanie w Irlandii nie jest wzorcowe, bo mamy na talerzach tylko jedną kiełbaskę, jedno jajko i jeden plaster bekonu. Jest też jeden ziemniaczany gofr, który zawsze odsuwam jak najdalej, bo zawsze bez względu na region robią go z niedopieczonych ziemniaków. Nawet nie można go nazwać plackiem ziemniaczanym. Jest też fasolka w pomidorach, która jest zupełnie zbyteczna, ale jak zwykle smaczna, wchłaniam ją zatem w całości. Pamiętam jak zaczynałem swoją przygodę z Irlandią i szukałem pierwszej pracy, wtedy puszka takiej fasolki kosztowała 29 centów. Nie wiedząc, kiedy nadejdzie pierwszy piątek z wypłatą mogłem kupić 10 takich puszek i nie nadszarpywało to wcale mojej kieszeni.




Za oknem mamy wzgórze, łąkę i krowy. Krowy zachowują się co najmniej dziwnie, bo kiedy na nie patrzymy to stoją nieruchomo odwrócone tyłkami, a kiedy zajmujemy się jedzeniem i potem znowu na nie patrzymy to są już niżej i coraz bliżej ale wciąż odwrócone. Natasha pyta, czy komuś dolać kawy i mówi, że tam, gdzie jedziemy strasznie łupią turystów i każą płacić chociaż nie trzeba. Ja te ich sztuczki już wcześniej poznałem, ale miło, że nasza gospodyni nas przestrzega. Dzisiejszy dzień nie będzie obfitował w kilometry, ale widoków będzie za to bez liku. Po to w końcu przyjechaliśmy na wybrzeże Północnej Irlandii.

Natasha zbierając zamówienia na śniadanie od 7 osób nie robiła żadnych notatek. Becky o to spytała, okazało się, że nasza gospodyni pracowała kiedyś w Dublinie na Temple Bar i tak sobie wyrobiła pamięć. Po śniadaniu myję szyby w samochodzie. W vanie trzeba wejść na przednie koło, żeby umyć szybę z przodu. Potem wpisujemy się do księgi pamiątkowej Carnately Lodge, pakujemy do vana walizy i ruszamy nad ocean. 

Mijamy pub, w którym wczoraj jedliśmy kolację, która teraz nazywa się dinner. Ciekawe, jak to się w języku angielskim zmieniło. Kiedyś było śniadanie, obiad i kolacja, czyli breakfast, dinner, supper. Teraz doszedł lunch, (bo ludzie tacy zapracowani), który zastąpił obiad, a wieczorem się je dinner czyli obiad. A gdzie, przepraszam, jest kolacja (supper?). Niektórzy mówią, że śniadanie zjedz sam, obiadem się podziel z przyjacielem, a kolację oddaj wrogowi. Żeby nie przepełniać na noc żołądka. Tej zasady na pewno nie będziemy się trzymać przez najbliższe dni. Na pewno wrócimy z nadbagażem. 

W przystani w Ballycastle jest dziś pusto. Jedziemy dalej, droga jest fantastyczna, ledwo 10 kilometrów mamy do najbliższego postoju. Becky mówi, że mogłaby tu mieszkać. Powie to jeszcze kilka razy przez najbliższe dni. Droga wije się, cały czas widać ocean, na niebie nie ma ani jednej chmury. Za 10 dni powiedzą w radiu, że trafiliśmy na najbardziej gorący i najmniej deszczowy okres w Irlandii od 30 lat. Warto było czekać 4 lata na taką wycieczkę.

Pierwszy postój to most linowy na wyspę, z której kiedyś rybacy wyciągali najlepsze łososie. To było w XIX wieku i wtedy podobno most złożony był z dwóch lin. Po jednej rybak szedł, drugą trzymał pod pachą. Wracając z rybami miał trudniej i ciężej, bo musiał jeszcze jakoś trzymać sieć z tym co złowił. Potem łososie z tego miejsca uciekły, bo pojawiły się statki do połowów łososi, ale ktoś wpadł na pomysł, żeby na tej historii zarobić, więc powieszono most w ten sposób, żeby można nim bezpiecznie przejść i porobić sobie zdjęcia. Jak zacząłem tu przyjeżdżać, to most był na zimę zwijany, teraz to jest całoroczna atrakcja. Scott płaci 60 funtów za swoją rodzinę, my sobie popatrzymy z brzegu, będziemy robić zdjęcia z perspektywy. Bez biletu można dojść do samego mostu, bo bilet potrzebny jest dopiero do zejścia betonowymi schodkami i przejścia na drugą stronę mostu, na maleńką wyspę. Nie każdy ma okazję mieć zdjęcie z daleka, żeby było widać okolicę samego mostu Carrick-a-Rede. Po drodze mijamy “mamuśki”, które siedziały wczoraj w pubie przy sąsiednim stoliku, robimy szybkie uśmiechnięte powitanie w drodze. Od bramki, gdzie sprzedają bilety i wracającym wydają certyfikaty, że się przeszło przez ten most do samego mostu jest niecały kilometr. Aha, i tu też kręcono "Grę o Tron". Nad głowami latają i wrzeszczą czarno-białe alki, które tu nazywają się razorbills i guillemots. 



Ciekawe, że Scott nie dostał zniżki dla rodzin. Najwyraźniej w Irlandii Północnej dziecko po skończeniu 16 lat nie jest już zaliczane do rodziny i musi sobie radzić samo. Wciąż nie ma chmur, jest gorąco, wygląda na to, że ubrania na cebulkę, które Becky zalecałem mogą się nie przydać. Na szczęście w bagażniku mamy już dużo butelkowanej niegazowanej wody wydobytej z najlepszych irlandzkich źródeł. Moja żona i Scott sprawdzają swoje krokomierze. Nie wiedzą jeszcze, co im na dziś naszykowałem i ile kilometrów dziś przejdą.







Naszym kolejnym przystankiem jest Ballintoy Harbour. Oczywiście tu kręcono "Grę o Tron". Uwielbiam ten zjazd. Dużo zakrętów o 180 stopni na bardzo wąskiej drodze. Na samym dole jest kawiarnia Roark’s Kitchen, o tej porze jeszcze zamknięta. Kiedyś porozmawiałem z kobietą, która ją prowadzi i zatrudnia chyba z 10 osób, zawsze po południu był tu duży ruch. Opowiedziała mi historię tego miejsca, pokazała wiszące na ścianie zdjęcie jej babci, która w tym miejscu jakieś 500 lat temu otworzyła cukiernię. Wszyscy mówią, że dają tu świetnie ciasta, sam nigdy nie próbowałem bo nie po drodze mi ze słodkim.

Parkujemy. Obok nas zatrzymuje się autobus, z którego wysypują się ludzie w przebraniach z serialu "Gra o Tron". No oczywiście muszę z nimi pogadać i porobić zdjęcia. Weszło im w krew, niestety trafili na bardzo dobrą pogodę, więc pod tymi zbrojami będzie im gorąco.




Jest odpływ, prawie nie ma fal, niebo jest błękitne, woda ma piękny kolor. Idealne warunki do pochodzenia po skałach.



To jest zawciąg nadmorski. Sporo tego rośnie nad oceanem.





Kilka kilometrów dalej widać wyspę Rathlin, byłem tam jakieś 10 temu, pewnie nic się tam nie zmieniło od tamtej pory. Może jest tam wciąż trochę więcej niż 100 mieszkańców, i na pewno są tam murki zrobione z kamieni zdobytych z Grobli Gigantów. Ale do Grobli dopiero jedziemy. Łazimy po skałach, robimy zdjęcia, Becky mówi, że to najlepsze miejsce jakie widziała w Irlandii. To dopiero drugi dzień i nawet nie wjechaliśmy do Republiki Irlandii, wciąż jesteśmy w Północnej. W tym rejonie charakterystyczne są bielone murki wzdłuż dróg i białe ściany domów. 



Po kolejnych 10 minutach dojeżdżamy do Grobli Gigantów, czyli największej atrakcji turystycznej położonej w Irlandii Północnej. Jest to tak wielka atrakcja, że trzeba za nią zapłacić co najmniej 13 funtów za osobę. Tak naprawdę to niezupełnie tak jest, bo Grobla Gigantów - cud natury - jest za darmo, tylko trzeba wiedzieć jak tam wejść. Płaci się za wejście do Visitor Center. Nie można kasować ludzi za chodzenie po irlandzkich klifach (jeden wyjątek opiszę za kilka dni). O tym właśnie mówiła rano Natasha. Parkuję na tyłach pubu The Nook, kupuję kawę, przez co staję się klientem tego pubu, więc wolno mi skorzystać z tego parkingu i prowadzę moją wycieczkę na Groblę Gigantów za darmo.



Nieraz tu parkowałem, żeby oszczędzić kosztów moim klientom, dawałem im mapkę, kupowałem sobie kawę i zapadałem w drzemkę, podczas gdy moi turyści przez 2-3 godziny zwiedzali Groblę Gigantów.

To też jest zawciąg nadmorski.


Cena, którą każą tam zapłacić za oficjalny parking zawiera w sobie dostęp do jedzenia i toalet, które są przecież również w pubie, w którym właśnie kupiłem kawę. Do tego w cenie biletu macie kilka prezentacji związanych z tym miejscem, z fauną, florą, wulkanami i legendami, restaurację, sklep z pamiątkami i słuchawki na uszy z przewodnikiem w kilku językach. Całe Visitor Center ma skośny dach i jest przykryte trawą, przez co można mieć wrażenie, że jest ukryte w środku wzgórza, po którym można chodzić po zielonej trawie i nawet zaglądać przez gruboszklane świetliki na sklepik z pamiątkami i restaurację kilkanaście metrów poniżej. No z kosmosu tego nie zobaczysz, ale ekologiczne rynny doprowadzają wodę do toalet, same zalety.







Przedstawiam naszej rodzinie plan zwiedzania: wchodzimy przez tunel dla wtajemniczonych na końcu parkingu, potem idziemy górą, żeby zobaczyć Groblę z wysokości, potem schodzimy po schodach pasterza, żeby przejść koło Organów, zobaczyć Amfiteatr i w drodze powrotnej, jako kulminację, pochodzić po wulkanicznych kamieniach Grobli Gigantów i wrócić do samochodu po dwóch godzinach. Plan zaakceptowany, idziemy. Wymienione nazwy bazaltowych formacji mają tu przyciągnąć kolejnych klientów. Jest w okolicy kilka innych parkingów, gdzie można zaparkować taniej niż na oficjalnym i wejść na Groblę Gigantów nie wykraczając poza budżet.









Wybrałem najpierw widoki z góry, żeby schodzić a nie wchodzić po schodach, tak jest wygodniej. Poza tym Groblę dobrze jest zobaczyć i z bliska i z wysoka, a tu jest około 100 metrów różnicy poziomów. Zaczynają się charakterystyczne krzewy kolcolistu (ang. gorse) z żółtymi drobnymi kwiatkami. Kolcolist nazywany jest “przyjacielem farmera” ponieważ spełnia wiele przydatnych funkcji. Kolczastymi gałęziami można załatać dziurę w ogrodzeniu czy kamiennym murze, nadają się do palenia w piecu, czasem używano ich do rozpalania pieca chlebowego. Z grubszych gałęzi rzeźbiono sztućce i ornamenty. Z żółtych kwiatów można przyrządzać orzeźwiające napoje a nawet wino. Kamil, dzięki za orzeźwiający napój z sokiem z kolcolistu. Zdjęcie Grobli Gigantów, które zrobiłem wiele lat temu z góry wisi u nas na ścianie, super jest zobaczyć to znowu na żywo.


Gorse - kolcolist. Dopiero zaczyna kwitnąć.

Grobla Gigantów powstała w wyniku erupcji wulkanicznej sprzed 50-60 mln lat pomiędzy Irlandią i Szkocją, w wyniku czego po obu stronach morza i również na dnie powstały struktury przypominające garść grubych ołówków o różnej długości. To ciasno ułożone bazaltowe słupy wystające na kilka - kilkadziesiąt metrów z morza. Ktoś kiedyś policzył te słupy i dzięki temu wiadomo, że jest ich około 37 tysięcy. Takie miejsce musi się stać źródłem legend od momentu odkrycia ich istnienia. Graniastosłupy na Grobli Gigantów są najczęściej sześciokątne, właśnie jak ołówki, ale sporo jest słupów o innej ilości ścian. Podobno jest tylko jeden słup o ośmiu bokach (spece od markertingu nazwali go keystone) i jego wyjęcie spowoduje zawalenie się całej Grobli.


Tyle bajki i naukowe domysły o tym miejscu. Opowiem jak to było naprawdę. 


Dawno dawno temu po obu stronach morza żyli sobie dwaj olbrzymi. Po irlandzkiej stronie mieszkał Finn McCool, a po drugiej szkocki olbrzym Benandonner. Dzieliło ich tylko 25 mil. To było w czasach, kiedy już wymyślono mile zamiast kilometrów, ale jakoś obaj giganci nigdy nie mieli okazji się spotkać. Jak to w dawnych czasach było w zwyczaju musieli w końcu sobie porównać siusiaki.


Tej presji pierwszy nie wytrzymał irlandzki olbrzym Finn McCool. Przy pomocy znalezionych przy drodze kamieni wybudował groblę, którą przeszedł suchą stopą do Szkocji. Zaczaił się w jakichś szkockich krzakach, zobaczył Benandonnera i szybko wrócił do siebie, ponieważ ujrzał znacznie większego od siebie szkockiego olbrzyma. Wpadł do swojego domu i powiedział: żono, ratuj, zrobiłem głupią rzecz, zbudowałem groblę i on tu zaraz przyjdzie. Oonagh była praktyczną i energiczną olbrzymką więc bez zbędnej sylaby przebrała Finna za niemowlaka i wpakowała go do naprędce skleconej olbrzymiej kołyski. Protestującemu mężowi kazała jak zwykle zaufać, zatkała mu gębę wielkim smoczkiem i kazała udawać że śpi. 

 

Kiedy nadszedł Benandonner, Oonagh przywitała go z tradycyjną irlandzką gościnnością i poczęstowała herbatą z mlekiem prosząc żeby tylko nie budził śpiącego dziecka. Szkocki olbrzym przyjrzał się wielkiej kołysce i imponujących rozmiarów niemowlakowi, dopił herbatę i powiedział, że będzie już leciał do siebie, bo ma coś do załatwienia. Jakoś nagle stracił ochotę na poznanie Finna, bo skoro jego dziecko jest takie olbrzymie, to jakim gigantem musi być jego ojciec. W drodze powrotnej do Szkocji Benandonner zatopił kamienną groblę, aby po niej nie dogonił go wielki olbrzym Finn MacCool. I dzięki temu kamienie z Grobli Gigantów stały się darmowym surowcem dla wielu domostw pomiędzy Irlandią i Szkocją i zarówno Irlandia jak i Szkocja czerpią z tej historii korzyści. 


Z olbrzymem Finnem McCoolem wiąże się jeszcze inna legenda. Pomiędzy Irlandią i Szkocją leży wyspa Man znana z bezogoniastych kotów manx i wyścigów motocyklowych. Podobno wyspa powstała, kiedy olbrzym się zdenerwował, już nie pamiętam na co, i wyrwał kawał lądu na zachód od Belfastu i rzucił nim na wschód. Jednym ruchem załatwił mieszkańcom Belfastu jezioro Neagh Lough a mieszkańcom wyspy Man miejsce do hodowli bezogoniastych kotów i do organizowania wyścigów motocyklowych. Jak się przyjrzeć na mapie, to kształt i rozmiar oba te obiekty mają zbliżone. 


Po ponad dwóch godzinach spacerowania po Grobli wracamy do pubu The Nook, którego wciąż jesteśmy klientami i gdzie teraz zamierzamy zjeść pożywny posiłek. W tym miejscu trzeba wziąć kartę dań, pójść do lady, zamówić i od razu zapłacić, a jedzenie przyniosą. Musisz tylko podać numer stolika. Ten budynek to stara szkoła, w której prawie nic się nie zmieniło od ponad 200 lat. Tak piszą w karcie ale na pewno nie serwowali tu wtedy seafood chowder, nie mieli wifi, ani strony na FB. Dzisiejszy seafood chowder jest zdecydowanie słabszy od wczorajszego, do spróbowania zostało nam jeszcze mnóstwo innych irlandzkich potraw. Amerykanie próbują baked hake (pieczonego morszczuka) i battered cod (dorsza smażonego w panierce). Do tego dużo bardzo dobrych grubo ciętych frytek i puree z zielonego groszku, którego żadne z nas już do końca wycieczki nie zamówi. Gniotąc na zapleczu pubu zielony groszek ktoś wycisnął z niego cały smak. 



Po posiłku jedziemy dalej. Za kilka minut mijamy Bushmills, wytwórnię jednej z najbardziej popularnych irlandzkich whiskey produkowanej w Irlandii Północnej z jęczmienia zbieranego koło Cork na południu. To prawdziwe porozumienie ponad podziałami. Nie wszyscy wiedzą, że słowo whiskey pochodzi z języka irlandzkiego i znaczy “woda życia” (uisce beatha, po łacinie aqua vitae, in English water of life). Tej destylarni nie mieliśmy w planie, więc następny punkt to zamek Dunluce Castle zbudowany na klifie. Przejeżdżając przez Bushmills nie sposób jest nie zauważyć brytyjskich akcentów podkreślających, że ten kawałek Irlandii jest wierny koronie brytyjskiej. 

Lokalizacja zamku była od początku ryzykowna. Podczas jakiegoś strasznego sztormu w wieku XVII, pośrodku przyjęcia, połowa kuchni wpadła do morza wraz z większością przygotowanych dań, kucharzami i służbą. W kącie pozostał tylko mały chłopiec, który potem jak dorósł i nauczył się pisać, to całą tę historię opisał. Niestety większość zapisków przepadła, więc można teraz tylko polegać na Visitor Center. Zamek został zbudowany w XIII wieku i w jego murach można z łatwością zobaczyć kamienie zebrane z Grobli Gigantów, darmowy budulec. Z zamkiem związana jest też historia Hiszpańskiej Armady, której statki zostały w 1588 r. roztrzaskane przez sztormy. Wiele okrętów poszło na dno i tam teraz leżą jak jakiś Titanic, tylko dużo płycej. Stały się wielką atrakcją dla płetwonurków szukających skarbów. Przy klifach Dunluce zatonął galeon Girona a jego wyposażenie, w tym armaty, zasiliło majątek zamku. Zwiedzania zamku nie planowałem. Jest tu również opcja słuchawek z wybranym językiem. Idziemy w dół schodami pod zamek, gdzie jest jaskinia (zakaz wstępu ze względu na osypujące się drobne kamienie, tam kiedyś była naturalna przystań), oglądamy jak cały klif został zabezpieczony stalowymi siatkami. W takim miejscu skały mogą się wciąż odrywać. 








Ruszamy dalej na zachód, główne atrakcje Północnej Irlandii właśnie się skończyły. Żeby dostać się na prom musimy jechać bardzo nudną, pełną rond obwodnicą Coleraine. Innej drogi nie ma. National Trust, organizacja opiekująca się tutejszymi zabytkami, stara się jak może, ale nie da się ukryć tego, że wybrzeże Irlandii Północnej jest dość gęsto zaludnione i trudno tam na północy znaleźć odludne miejsce z ciekawymi miejscami. Na obwodnicy, którą jedziemy znaki wyznaczające Giant’s Causeway Drive trochę śmieszą. Rondo, prosta, rondo, prosta, rondo. 


Mija nas ciężarówka z przyczepą, na której stoi cały dom gotowy do postawienia i zamieszkania. Tadek, który kiedyś woził takie gotowe domy mówił mi, że w środku są nawet meble, a w szafkach kuchennych sztućce. Może ktoś właśnie z Irlandiii albo z Ukrainy wprowadza się na Groblę.


Po drodze jeszcze jeden zaplanowany przeze mnie przystanek - plaża Downhill gdzie kręcono "Grę o Tron". To plaża słynąca z tego, że po jej twardym piasku można jeździć jak po asfalcie. Widzę znak, że dziś piasek jest zbyt miękki, więc parkuję blisko wjazdu, koło innych samochodów przy trawie. Idziemy na spotkanie z Atlantykiem i mijamy samochód, który mimo ostrzeżenia wjechał za głęboko. Szybko znajdują się ochotnicy, którzy chcą uratować kobietę z dziećmi i używając czego się da wyciągają samochód z tarapatów. Jest tu malowniczy klif, przez który przebito tunel kolejowy. Na klifie stoi ciekawy okrągły obiekt zwany Musseden Temple, zbudowano go 1785 roku jako bibliotekę. Dostać się tam można tylko od góry, my podziwiamy widoki z poziomu morza.






Jedziemy dalej, do promu już niedaleko. Po drodze na ostatniej prostej mijamy więzienie dla mężczyzn, HMP Magilligan, przeznaczone dla złodupców średniej wielkości. W razie chęci ucieczki mogą wybrać czy w prawo czy w lewo. Czyli płacić alimenty w funtach czy w euro.



Dojeżdżamy do końca Irlandii Północnej, na brzeg zatoki Lough Foyle, skąd mały prom zabierze nas do Donegalu, najbardziej na północ położonego hrabstwa Republiki. Słowo “lough” oznacza właściwie jezioro, po szkocku byłoby to “loch”. Na jedno wychodzi. Prom kursuje wahadłowo z Magillian Point do Greencastle. Nie ma rozkładu, wiadomo tylko w jakich godzinach kursuje, zabiera około 12 - 15 samochodów osobowych lub jakąś setkę rowerów z ich właścicielami, jeżeli jest akurat rajd. Do przebycia mamy około mili, koszt 6 euro, bo to irlandzka firma. Można płacić kartą. W trakcie naszej przeprawy jakaś ekipa telewizyjna przeprowadza wywiad z siwym brodaczem, którego nie kojarzę. Lądujemy na brzegu Donegalu, pogoda jest świetna, na promie miło było poczuć wreszcie wiatr na twarzy.








Jedziemy dziś na koniec półwyspu, pozostało około 35 kilometrów. Czas mamy bardzo dobry. W rejonie, gdzie będziemy dziś nocować nie ma sklepów, stacji benzynowych ani miast, jedynie małe wioski i pojedyncze domy. Kolację zjemy w jedynym miejscu, które się do tego nadaje, śniadanie dostaniemy w naszych B&B, ale powoli kończy nam się woda, dlatego zatrzymuję się w Moville i wchodzimy wszyscy do sklepu samoobsługowego Centra. Bardzo lubię takie sklepy w małych miasteczkach, widać i słychać, że wszyscy się tu znają, zaopatrzenie jest dość dobre, bo musi wystarczyć dla mieszkańców z promienia pewnie 20 kilometrów. 








Wyjeżdżamy z miasteczka. Na drodze jest zupełnie pusto, nie widać ani ludzi ani pojazdów, mijamy łagodne wzgórza półwyspu Inishowen. Od teraz aż do końca wycieczki będziemy podróżować trasą Wild Atlantic Way. To jedna z najdłuższych nadmorskich tras widokowych i najdłuższa w Irlandii, ma ponad 2 500 km. Aż do Cork, gdzie będziemy dwunastego dnia, będziemy jechać drogami WAW. Półwysep jeszcze przed oznaczeniem Wild Atlantic Way miał swoją trasę zwaną Inis Eoghain 100 (Inishowen 100). Dystans 100 mil w tych warunkach to ponad 9 godzin jazdy i to bez zatrzymywania, wystarczy pilnować znaków. 





Dziś nocujemy w dwóch różnych pensjonatach, oddalonych od siebie o jakieś 5 kilometrów i położonych bardzo blisko cypla Malin Head. Najpierw jedziemy do Whitestrand B&B. W domu nikogo nie ma, wyciągam telefon, dzwonię do właścicielki.



Widzieliśmy się bardzo dawno temu. Mary przez telefon brzmi bardzo energicznie i rzeczywiście za pięć minut zatrzymuje się koło nas z piskiem opon. Wnosimy walizki na górę i umawiamy się za godzinę na kolację. Teraz jedziemy z żoną do nas. Sądząc po nazwie pensjonat może nas zaskoczyć, wcześniej tu nie byłem. Właścicielka Malin Head Stay SolasTobann ArtHouse już na etapie rezerwacji przysłała mi dokładne instrukcje jak znaleźć jej dom i zaparkować dokładnie tam, gdzie powinienem, bo inaczej mógłbym wkurzyć sąsiada. Uprzedziła też, że jej dom jest miejscem, gdzie nie chodzi się w butach. Należy je zostawić przy drzwiach, można dostać ciepłe skarpetki. 



Audrey już stoi na progu, wita nas, zdejmujemy buty, na skarpetki jest zbyt ciepło. Pokój jest przytulny, tu również obie nocne lampki działają, łazienka z ręcznie robionymi kosmetykami wyglądającymi jak batoniki, za oknem wysokie falujące trawy na wzgórzu, za którym jakieś 300 metrów jest Atlantyk. Audrey prowadzi nas do jadalni, która jest jednocześnie pokojem wypoczynkowym na wieczór. Tu coś nowego. Po pierwsze stół śniadaniowy jest owalny, więc wszyscy przyjezdni muszą usiąść razem, tak też łatwiej nawiązać rozmowę. Ciekawe rozwiązanie, nie spotkałem się wcześniej z tym. Natomiast jeszcze ciekawsze są przedmioty stojące wszędzie dookoła. To dzięki nim w nazwie pensjonatu jest “art” - sztuka. 







Nie znam się na sztuce, ale te ręcznie robione przedmioty, czy lepiej powiedzieć kompozycje są zdumiewające i trochę niepokojące. 


Audrey pyta skąd jesteśmy i dokąd jedziemy. Mówi, że ma siostrzenicę w Milanówku, sama umie po polsku powiedzieć “cześć”. No proszę, jaki ten świat jest mały. 


Przebieramy się i jedziemy po naszą amerykańską rodzinę. Są już gotowi, zawsze punktualni. Najpierw dojeżdżamy na koniec drogi, do Banba’s Crown, najdalej wysuniętego na północ krańca Malin Head. Stoi tam kamienna wieża obserwacyjna, zbudowana w czasach napoleońskich. Napoleon nie był nigdy zainteresowany Irlandią, ale Brytyjczycy woleli się zabezpieczyć. Dlatego trochę konstrukcji o charakterze obserwacyjnym i obronnym pozostało dookoła Irlandii z tamtych czasów. Niektóre są zaniedbane tak jak ta, inne znalazły nowe przeznaczenie np. w Sandycove w wieży Martello jest muzeum Jamesa Joyce’a.



Na szczycie wzniesienia stoi kilka kamperów. Jeżeli są tu od kilku dni to pewnie też ci ludzie widzieli zorzę polarną. Jest czyste niebo ale zaczyna wiać chłodny wiatr, długo tu nie zabawimy. Nie pójdziemy na spacer po klifach do imponującej Hell’s Hole (Dziura Diabła) w której woda rozbija się o skały.  


Pokazuję jeden ze znaków WW2 ułożony z białych kamieni w czasie II wojny światowej. Irlandia była wtedy neutralna. Wokół wybrzeża Republiki (z pominięciem Północnej Irlandii) ułożono 83 wielkie znaki EIRE (w latach 1937-1949 tak pisano nazwę Irlandii) widoczne z góry, informujące niemieckie bombowce, że znajdują się nad terytorium neutralnym i mają tu nic nie zgubić.  


Republika Irlandii była neutralna, bo nie opowiedziała się po tej samej stronie co Anglia, jej wielowiekowy okupant. Jednak była przeciwna Niemcom i samej wojnie i dlatego do napisów EIRE dodano numery pozwalające zorientować się amerykańskim lotnikom, którzy nadlatywali znad Atlantyku, nad którą częścią wyspy się znajdują. I tak na wysokości Dundalk był numer 1, w Bray numer 8 i tak dalej dookoła aż do Donegalu. My patrzymy na numer 80. Numer 83 był kiedyś tam, gdzie po południu zjechaliśmy z promu. Wiele znaków WW2 znikło lub zarosło, część znajduje się pod opieką mieszkańców, którzy dbają o to, żeby znaki przetrwały dla potomnychWięcej o znakach EIRE napisałem tutaj.
Niedawno w Bray koło Dublina (Bray - napis EIRE 8 odkryty został kilka lat temu po pożarze krzewów gorse) odbył się pogrzeb Sinéad O’Connor. Na wzór tych napisów z II wojny światowej ułożono tam kolejny napis. Na pewno nie przetrwa tak długo jak te znaki z czasów wojny, prawdopodobnie był od początku zaplanowany jako tymczasowy, ale ładnie nawiązuje do tradycji.
Jedziemy dalej, bo zrobiło się wietrznie. I tak wszystkich widoków nie zobaczymy. 

















Na kolację mamy jedyną restaurację w okolicy - Seaview Tavern & Restaurant, która ma od dawna bardzo dobre opinie. Lekko przewiani na Malin Head po 10 minutach docieramy do zacisznego i przestronnego lokalu z dużymi oknami na ocean. Jak ktoś ma zamiar konspirować jak za dawnych czasów, to są do wyboru domki na zewnątrz wyposażone w aparaturę antyszpiegowską. Nie mamy nic do ukrycia, wybieramy duży stolik w środku, z widokiem na Atlantyk. 


W środku jest raczej pusto, szybko pojawia się kelnerka, zbiera zamówienia. Czekamy na jedzenie około pół godziny. Jedzenie jest bardzo dobre, wszystko znika z talerzy. Płacimy tak jak wczoraj dwiema kartami, nie robią z tego powodu problemów. Zmęczenie daje się we znaki, bo dziś sporo pospacerowaliśmy, krokomierze Scotta i mojej żony pokazują około 15 tys. kroków.


Rozwożę wszystkich do łóżek, na rano umawiamy się tak jak dziś na 9.00, wszyscy mają być już po śniadaniu. Jest godzina 22.10, za oknem ciągle widno. 



Gdyby ktoś się chciał zaczepić na dłużej w Donegalu, to polecam stronę półwyspu Inishowen.

O CZYM JEST TEN BLOG

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...