
W pierwszym napotkanym pubie pytam o espresso i okazuje się, że mają i jest bardzo dobre. Jest ciepło, więc siadam przed pubem przy odrapanym stoliku i patrząc na przejeżdżające samochody i przechodzących ludzi delektuję się chwilą na drinka kierowcy.

Lubię takie spacery po leniwych miasteczkach. Przy głównej ulicy jest wszystko, co ludziom tu do życia potrzebne. Kilka pubów i sklepów, bukmacher, apteka, kościół, pralnia, bank, sklep za 2 euro. Przed pubami i kawiarniami stoliki, rozmowy, miejscowi ludzie.

Główna ulica nie jest długa, więc to co się nie zmieściło od frontu jest ukryte w bramach. Warto tam zajrzeć.

W jednej z bram widzę lokalny bazarek. Można tam znaleźć różne różności z przeszłości i trochę współczesnych drobiazgów. Kubki z Michaelem Collinsem to lokalna pamiątka - niedaleko Schull został on zastrzelony przez ludzi z IRA, którą sam stworzył. Za zdradę.

Zaglądam jak zwykle do biblioteki. Tu można poczytać, wypożyczyć książkę zamówioną przez internet z odległego krańca Cork, wysłać mailem cv, zapisać się do koła gospodyń wiejskich albo przyjść z dzieckiem na opowiadanie bajek. Mają też regał z książkami na sprzedaż.
Szkody naprawione, można jechać dalej w zachodnią irlandzką dzicz.




































