Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wycieczki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wycieczki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 maja 2014

Connemara

Connemara zamieszkana przez ludzi, którzy w domach rozmawiają po irlandzku jest pięknym surowym obszarem Irlandii. Kiedy odddalam się od tras znanych z przewodników, trafiam na napisy po irlandzku i próbując domyślić się co oznaczają drapię się głowie, bo mój irlandzki wciąż raczkuje. Jednak z pomocą GPS da się stąd wrócić do cywilizacji.





W takich miejscach czas się zatrzymuje. To jest inny świat, gdzie przez pół dnia możesz nie spotkać nikogo oprócz owiec.























wtorek, 1 kwietnia 2014

Schull

Podczas jednej z wycieczek po zachodnim Cork trafił nam się nieoczekiwany przystanek. Dzięki temu miałem okazję pospacerować po małej miejscowości Schull, przez którą się przejeża w drodze na Mizen Head.



W pierwszym napotkanym pubie pytam o espresso i okazuje się, że mają i jest bardzo dobre. Jest ciepło, więc siadam przed pubem przy odrapanym stoliku i patrząc na przejeżdżające samochody i przechodzących ludzi delektuję się chwilą na drinka kierowcy.



Lubię takie spacery po leniwych miasteczkach. Przy głównej ulicy jest wszystko, co ludziom tu do życia potrzebne. Kilka pubów i sklepów, bukmacher, apteka, kościół, pralnia, bank, sklep za 2 euro. Przed pubami i kawiarniami stoliki, rozmowy, miejscowi ludzie.



Główna ulica nie jest długa, więc to co się nie zmieściło od frontu jest ukryte w bramach. Warto tam zajrzeć.



W jednej z bram widzę lokalny bazarek. Można tam znaleźć różne różności z przeszłości i trochę współczesnych drobiazgów. Kubki z Michaelem Collinsem to lokalna pamiątka - niedaleko Schull został on zastrzelony przez ludzi z IRA, którą sam stworzył. Za zdradę.



Zaglądam jak zwykle do biblioteki. Tu można poczytać, wypożyczyć książkę zamówioną przez internet z odległego krańca Cork, wysłać 
mailem cv, zapisać się do koła gospodyń wiejskich albo przyjść z dzieckiem na opowiadanie bajek. Mają też regał z książkami na sprzedaż.   


Szkody naprawione, można jechać dalej w zachodnią irlandzką dzicz.

niedziela, 12 stycznia 2014

Dorożka na Gap of Dunloe

Gap of Dunloe to przepiękna przełęcz pomiędzy dwoma najwyższymi pasmami górskimi w Irlandii. Droga wije się przez ponad 10 kilometrów wzdłuż strumienia i coraz wyżej położonych pięciu jezior. Najlepiej przejechać tamtędy rowerem lub przejść się pieszo. Dla turystów z USA są dorożki. Jestem z turystami z USA, więc bierzemy dorożkę.



Dorożkę wynajmuje się za pubem - czyli za chatką Kate Kearney. Dorożka wyposażona jest w cztery miejsca siedzące, dwa koła i jednego konia. Jest też woźnica, który kasuje po 25 euro od głowy i palcem pokazuje turystom gdzie pojedziemy. 




Dermot rozdaje nam małe poduszki, na których radzi usiąść. Byłem tu wcześniej wiele razy i wiem, że asfalt jest nowy, więc jestem zaciekawiony przeznaczeniem tych poduszek. Ruszamy w górę przełęczy Gap of Dunloe.  



Dermotowi fajna gadka kończy się po dwóch kilometrach. Potem tylko z rzadka zagaduje do nas w stylu "pięknie tu, c'nie?" Mijamy dorożki z innymi woźnicami. Jeden z nich kogoś mi przypomina ;)



Przy niektórych wzniesieniach Dermot woźnica zsiada ze swojego stopnia i idzie obok dorożki. Przy większych stromiznach prosi też nas o spacerek. Koń przecież jest tylko jeden i nie jest jakiś tam mechaniczny, tylko zwyczajny, na trawę. Ma klapki na oczach i wcale nie wygląda na urzeczonego widokami.


Tymczasem wjeżdżamy dorożką coraz wyżej, wysokie góry rzucają cień na dolinę, do tego dochodzą przesuwające się na niebie chmury, dzięki czemu obraz Gap of Dunloe zmienia sie w każdej sekundzie, a każde zdjęcie jest inne. Coraz wyżej i wyżej, ostre zakręty, wąskie mosteczki, zwalone skały, nowe widoki, och i ach.  



Nasz koń dzielnie ciągnie dorożkę. Zielona pożywna trawa jest poza jego zasięgiem, bo za kamiennym murkiem. Koń szuka pożywienia w kamieniach. Szkoda mi go, nie wiem czy się na to pisałem za te 25 euro.





W najwyższym punkcie przełęczy - Dunloe Upper - zawracamy. Znaczy się my zawracamy, bo koń tu nie dojechał nawet z pustą dorożką. Czeka na nas kilkaset metrów niżej. W drodze powrotnej jest już cały czas z górki. Tuż przy moście, gdzie spełniają się marzenia - The Wishing Bridge - s
potykamy autostopowicza. Nie bierzemy gościa, bo nie mamy miejsca.



Na Wishing Bridge wypowiedziałem już wiele życzeń i żadne się niestety nie spełniło. Ale próbować zawsze warto, jak napisał w "Ptaśku" William Wharton. Nie daję za wygraną i wciąż próbuję.

Po wyprawie dorożką na Gap of Dunloe wszystkich nas bolały tyłki i dlatego nikomu tej atrakcji nie polecam. Dwukółki są najgorszymi dorożkami w Irlandii. Nawet poduszki i nowy asfalt nie pomogły. 

Skoro była mowa o Moście Życzeń, to życzę wszystkim moim Czytelnikom, żeby w Nowym Roku spełniły się te marzenia i życzenia, których najbardziej chcecie. I wspaniałych widoków na przyszłość.








Post Scriptum: przez Gap of Dunloe da się całkiem normalnie przejechać własnym samochodem. Pamiętam, jak szukałem tej informacji, kiedy pierwszy raz się tam wybierałem. Z jakimi emocjami wjeżdżałem pierwszy raz na tę krętą drogę pośród najwyższych w Irlandii gór. Czy spadnę z przełęczy i zadepcze mnie stado owiec? A może się zakopię w torfie albo w bagnie? Wpadnę razem z samochodem do jeziora? Jak ominę dorożkę? Nic z tych rzeczy, najwyżej porysujesz samochód, bo tu są takie zawijasy jakich nie uczyli nawet na kursie tańca. Bardzo dobrym pomysłem jest przejechanie Gap of Dunloe z drugiej strony czyli przez Black Valley. Początek trasy na rozstaju Molls Gap, a koniec przy postoju dorożek za chatką Kate Kearney, gdzie znowu pojawia się cywilzacja. Zachęcam do przejechania tej trasy swoim samochodem.

Przy postoju końskich taksówek stoi znak, że dalej to tylko koniem, rowerem albo pieszo. No postawili taki znak i co? Też mogę postawić znak, że dalej to tylko z Pendragon Tours :)

piątek, 29 listopada 2013

Wagonik na wyspę Dursey

Na końcu półwyspu Beara w zachodnim Cork, tam gdzie kończy się droga, znajduje się mała budka z informacją jak można się dostać na wyspę Dursey. Do budki przyczepione są liny, po której właśnie jedzie w naszą stronę mały wagonik wracający z Dursey.





Jedyna w Irlandii kolejka linowa powstała po to, aby na niewielką zieloną wyspę przewozić owce na czas wypasu. Dopuszczalne obciążenie wagonika - jedna krowa lub 6 owiec. Teraz wagonik wozi głównie turystów ale pierwszeństwo mają mieszkańcy wyspy (stałych mieszkańców jest tylko 6), ich owce oraz zakupy zrobione w najbliższym Tesco (do Bantry jest 70 km).



Prawdziwy koniec Irlandii. Europy koniec.



Kupujemy bilety, ustawiamy się w kolejkę. Wagonik wraca co 15 minut i zabiera tylko 6 osób. Wyobrażam sobie ile czasu tu się czeka w sezonie.



Wchodzimy do środka, wagonik się buja, ale to dopiero na zachętę. Ktoś zamyka i rygluje drzwi, krajobraz za oknem zaczyna się przesuwać. Drewniane deski podłogi skrzypią, szpary pomiędzy nimi świecą blaskiem oceanu a na ścianie wisi psalm 91 przypięty kolorowymi pinezkami.



W połowie drogi jadąca z nami kobieta wyciąga telefon i zaczyna wybierać numer. Pytam ją zdziwiony: "Masz tu zasięg?". "Tak, w połowie liny zaczyna się zasięg i jest na całej wyspie". To jedna z mieszkanek Dursey. Wiatr buja wagonikiem. Ląd się oddala, wyspa się przybliża.



Wysiadamy z wagonika czując znowu pod nogami stabilne podłoże. Nasza znajoma z owczego wagonika wsiada do czekającego na nią samochodu i odjeżdża wraz ze swoim pudłem zakupów. Zerkam na dyski na szybie auta, wszystkie opłaty od dawna nieważne. Ba, nawet tablica rejestracyjna odpadła.



Jedyna droga prowadzi do wioski w środkowej części wyspy. Na Dursey nie ma pubów, sklepów ani restauracji. Większość domów jest niezamieszkana ale mimo to jest tu trochę ludzi. Ktoś stoi przy betoniarce, ktoś niesie dziecko na barana, górą idzie wężykiem kilku turystów, ktoś je kanapkę na klifach. Naprawdę pusto i cicho musi tu być dopiero po odjeździe ostatniego wagonika.




Pogoda zmienia się już czwarty raz. Rozglądam się za kamiennymi fortami, klasztorami, kamieniami z dziurą, dolmenami, menhirami, ale nic takiego tu nie przetrwało. Stoją tylko jakieś smętne pozostałości po jakimś średniowiecznym czymś. Nawet tabliczki nie ma. Albo nikomu tu się nie chciało zapuszczać do zachodniego Cork, albo kamienne pomniki nie przetrwały do naszych czasów. Na wyspie jest cicho, spokojnie, leniwie, ładnie, pusto, groźnie i refleksyjnie.





Pora wracać na dworzec kolejowy. Wybieramy drogę przez najwyższe wzgórze żeby złapać więcej widoków. Niestety zaczynają się gromadzić chmury i zrywa się zimny wiatr. Dochodzimy do końca liny, która łączy wyspę z lądem (a raczej drugą wyspą). Stajemy na końcu kolejki na betonowej platformie. Nie ma tu żadnej osłony przed wiatrem ani deszczem. Współczuję facetowi, który stoi z czwórką dzieci za nami, ma na sobie tylko krótki rękaw. Jak wyjeżdżał z Irlandii to było jeszcze lato. Wypatrujemy wagonika i liczymy ludzi przed nami. Z pewnością dziś wrócimy na ląd, ale kiedy? 6 osób co 15 minut - ten cykl się ciągnie i ciągnie.



Wagonik znowu nadjeżdża a pogoda się zmienia dwunasty raz. Ze środka nikt nie wysiada. Szlag by to trafił, pięć osób chciało się tylko przejechać bez wysiadania, dlatego w drogę powrotną może się zabrać tylko jedna osoba. Wszyscy na betonowym peronie wymieniają półgębkiem uwagi. Czeka nas ekstra kwadrans na coraz zimniejszym wietrze. Facet w krótkim rękawie jest twardy jak skała. Zakładam kaptur i chowam się za peronem. Leon zapala papierosa i twardo trzyma naszą kolejkę do kolejki linowej, która ma nas zabrać z powrotem do cywilizacji.



Wreszcie siedzimy w chwiejącym się powrotnym wagoniku. Okazuje się, że limit 6 osób dotyczy tylko dorosłych, tego nie mówili jak sprzedawali bilety. Dzieci, wózki i zakupy się nie liczą. Dzięki temu jest nas tu sporo. Nasza czwórka, zsiniały krótki rękaw wraz z małżonką, ich czeredka i wózek. Gdyby wsiadło za dużo ludzi, to operator przemówiłby z głośnika. Oko kamery jest tuż pod sufitem. Wreszcie wagonik dojeżdża do Irlandii, odpalam silnik i natychmiast włączam ogrzewanie. Pora jechać do jakiegoś pubu z rozpalonym kominkiem.

środa, 27 listopada 2013

Problem z Trip Advisor

Od pewnego czasu mam problem z portalem Trip Advisor. Jeśli ktoś nie wie co to takiego - to strona, gdzie turyści z całego świata oceniają miejsca w których byli, firmy z których usług korzystali, restauracje, hotele, plaże itp. Mam tam swoją stronę firmową Pendragon Tours i zawsze proszę moich klientów o komentarze po naszych wycieczkach. Od pewnego czasu komentarze przestały się pojawiać na mojej stronie Trip Advisor. Korespondencji z obsługą portalu po wielu próbach zaniechałem, ponieważ to przypominało walenie głową mur. Na maile moje i moich klientów odpowiadano, że recenzje nie spełniają wymogów regulaminu. A regulamin Trip Advisor jest bardzo enigmatyczny, co pozwala się nim zasłaniać odmawiając publikacji pozytywnej recenzji od nowego uzytkownika. Cóż, trudno. Dziękuję moim klientom za cierpliwość w wysyłaniu opinii do nieprzejednanego Trip Advisora i zapraszam ponownie!

______________________________________________
Podróż marzeń

Wybraliśmy Pendragon Tours i był to strzał w dziesiątkę. W ciagu czterech dni na zachodnim wybrzeżu zobaczyliśmy i poczuliśmy to co było naszym pragnieniem od lat, Piotr spełnił nasze oczekiwania w zupełności, świetnie dopasował wycieczkę do naszych wcześniejszych sugestii. Kolekcja wspaniałych zdjęć, którą nam przekazał na zakończenie wycieczki była bardzo miłym bonusem to niezapomniany album z naszej wyprawy do Irlandii. Piotr dostarczył nam wielu dodatkowych wrażeń a do najbardziej niesamowitych zaliczamy to, kiedy szliśmy wieczorem do pubu na Achill to on zabrał z bagażnika swój irlandzki bębęnek i dołączył do muzyków. Piotr, chapeau bas!

Mateusz i Teresa
______________________________________________
Fabulous journey-big THANK YOU to Piotr!!!

Our parents spent fantastic 10 days travelling around whole Green Island-Ireland . Starting from the very beginning trip was perfectly organised. Not only Piotr has shaven broad knowledge concerning culture, history and nature of the country but also was very friendly and helpful in everyday life situations –it was a pleasure to spent time with him!!!

Our parents are energetic people, loving nature and animals of all kind (they are both veterinary doctors) so the trip was generally nature-oriented . Thanks to Piotr they had fantastic opportunity to see the most beautifully Irish fauna and flora examples. They travel through breath-taking mountain roads and spending nights in romantic and cosy B&Bs and castles. We would like to say big thank You to Piotr!! We hope we meet Him one day in beautiful Ireland or in… Poland .

Joanna and Bartek
______________________________________________

Ponieważ byłam bardzo zadowolona z pierwszej wycieczki z Pendragon Tours ("Inishmore"2011) ...skorzystałam z usług tegoż;-)...po raz drugi. Moja opinia jest niezmienna... Właściciel biura, Piotr...jest niezawodny w organizacji wycieczek (wg życzeń albo wszystko dopięte na ostatni guzik, albo większa lub mniejsza...improwizacja;-)), przepełniony wiedzą o Irlandii, z którą chce się dzielić w każdej chwili i w każdym miejscu (może opowiadać godzinami... jedząc,jadąc, chodząc;-)), pełen pomysłów, które mile zaskakują i uatrakcyjniają wyprawę, (ognisko na plaży, jakiś ciekawy dolmen, jakaś wyjątkowa dziura albo wieża;-)), ciągle się uczy i rozwija co widać po nowych pomysłach i rozwiązaniach (tym razem pamiątkowe filmiki zdjęciowe). To była świadoma recydywa;-))) z tym biurem i...nie zawiodłam się!

Polecam ludziom zwiedzanie Irlandii a jeśli Irlandia to...Pendragon Tours.

Renata
______________________________________________

czwartek, 21 listopada 2013

Dwa wodospady - Powerscourt Waterfall

Wodospad Powerscourt w Górach Wicklow ma 121 metrów co czyni go największym w Irlandii. Położony bardzo blisko Dublina jest łatwo dostępną atrakcją dla turystów i naszych gości. Można go oglądać z dołu (wstęp €5,50) albo z góry (za darmo, ale kawałek trzeba się przejść).



W ciepłe letnie dni w tym miejscu bywa tłoczno. Całe rodziny grillują tuż przy wodospadzie i chodzą po skałach żeby zrobić sobie zdjęcie ze spadającą wodą.







Jednak letni wodospad Powerscourt w słoneczny dzień to tylko woda szumiaca po skałach. W ponury jesienny dzień to miejsce wygląda zupełnie inaczej. Ludzi prawie nie ma, po grillach nie został ślad, za to wodospad jest olbrzymi. Tu nie ma śmiałka co by sobie strzelił fotkę na skałach. Wezbrany żywioł spada z tych samych 121 metrów. Efekt nieco inny...



Warto pojechać na Powerscourt Waterfall zimą po deszczach, bo dopiero wtedy widać, że to największy irlandzki wodospad.



Wodospadem leci w dół rzeka Dargle - na codzień wąska rzeczka, którą przecina szlak górski prowadzący na Djouce Mountain (4-5 godzin w obie strony). Normalnie rzeczkę przeskakuje się po kamieniach. Jednak przy wysokim stanie wody tak się nie da, trzeba byłoby skorzystać z mostu. Ale jedyny most został zniszczony przez żywioł kilka lat temu. Przez tą samą rzeczkę, która kilkaset metrów dalej spada jako Powerscourt Waterfall. Zapraszam na zimowe szlaki po górach Wicklow z PENDRAGON TOURS.







O CZYM JEST TEN BLOG

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...