Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inishmore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inishmore. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 maja 2014

Malując przyszłość

Tekst i muzyka - Pendragon
Zdjęcia - Pendragon
Tłumaczenie własne
Koncertowe wykonanie zespołu Pendragon TUTAJ



Malujemy obrazy z tysiąca możliwych ścieżek
Szkicujemy naszą miłość, która ma trwać wiecznie
Kreśląc wzory na niebie naszą różdżką wyobraźni
Zamykamy oczy czując przypływy i odpływy.



Moje pudełko z farbami jest moją nadzieją
Aby nowymi barwami pokryć bleknącą przeszłość
Bogactwo kolorów jest szansą na nowe inspiracje
Maluję ścieżkę, którą chcę iść w pełne energii życie.



Mamy swoje bagaże życia pełne własnych planów
Podnieceni przyciskamy enter by poruszyć nasze serca i dłonie
Wspinamy się wyżej, aby ujrzeć jak zielone 
niegdyś wzgórza
Znikają z naszej pamięci.



Moje pudełko z farbami jest moją nadzieją
Że uda mi się zamalować przeszłość nowymi obrazami
A bogactwo kolorów inspiruje nowymi możliwościami
Farbami maluję nam ścieżkę, którą chcę iść w nowe wspaniałe życie.



Tysiące nowych ścieżek i całkiem nowe obrazy
Drżący szkic nowego życia z upragnioną miłością do końca
Różdżką kreślimy urojone nadzieje
Zamykamy oczy by nie czuć przypływów i odpływów.



A moje pudełko z farbami daje mi szansę
Na pokrycie przeszłości nowymi obrazami
Bogactwo kolorów daje mi nadzieję i inspirację
Sam maluję ścieżkę, którę chcę iść w pełną życia przyszłość.













środa, 14 sierpnia 2013

Jak zostałem muzykantem

Rozwiązanie fotozagadki


Pytanie konkursowe brzmiało: co nie zgadza się na tym zdjęciu. Oczekiwałem poniższych odpowiedzi:

1. Młokos w irlandzkim pubie po godzinie 19.00
2. Pub otwarty o pierwszej w nocy
3. Ja osobiście grający na czymkolwiek

Zdjęcie zostało zrobione na wyspie Achill, gdzie prawo egzekwuje się z dużą wyrozumiałością, dzięki czemu ludzie mogą czuć się swobodnie.   

Zagadkę jako pierwsza rozwiązała Rose i to ona wygrała pakiet z nagrodami. Kolejna fotozagadka za miesiąc. Serdecznie zapraszam.
_________________________________________________________________

Bodhran kupiłem po okazyjnej cenie, i jak mi później powiedzieli znawcy - to była bardzo dobra cena za taki dobry bęben. Drewniana rama, kozia skóra, prosta konstrukcja. Kupiłem go "dla towarzystwa" jako że miała przyjechać na wycieczkę dziewczyna ze skrzypcami. Najpierw trochę się oswoiłem z nowym instrumentem i dowiedziałem się jak się wymawia jego irlandzką nazwę. Pierwszą próbę z Kasią mieliśmy po zachodzie słońca na najdalszej plaży na wyspie Achill, tak żeby nikt nas nie widział ani nie słyszał.



Potem już nic nie stało na przeszkodzie, aby dołączyć do innych grajków w pobliskim pubie. Starałem się grać cicho, żeby nie przeszkadzać innym. Nie było to trudne, bo sześć gitar, skrzypce, bębenki i grzechotki robiły już dość dużo muzyki.



Kolejne granie było już w dzień, na trasie, gdzie turyści zatrzymują się aby podziwiać widoki, robić zdjęcia muzykantom i wrzucać nagrania na You Tube.






Gdzieś po drodze na jakichś klifach załapałem się na sesję fotograficzną dla starożytnych irlandzkich herosów :)



Samemu pewnie trudno mi by było się odważyć na wejście do pubu z instrumentem, na którym dopiero uczę się grać. Ale to jest Irlandia. Poza tym w towarzystwie Kasi i jej fantastycznej gry na skrzypcach mogę powiedzieć, że pozostawałem niezauważony i mogłem swobodnie sobie próbować i się wygłupiać. Tylko Kasi stawiali piwo :)



Przenosiliśmy się od pubu do pubu. Na widok człowieka z bodhranem zawsze ktoś wołał "O, mamy człowieka z bodhranem!" i zapraszano mnie do innych muzyków. Od razu mówiłem, że się dopiero uczę, a oni odpowiadali, że oni też. A jak mówiłem, że tylko udaję że gram, to odpowiadali "Jak my wszyscy..." Uwielbiam tę irlandzką skromność... Kasia zaczynała grać na skrzypcach i zaczynała się zabawa...



W pubie McGanns w Doolin spotkaliśmy trzyosobowy zespół, który grał niesamowitą wiązankę reelów i jigów na sam koniec wieczoru. Na stole leżały krążki CD z ich muzyką, każdy miał już wydane co najmniej trzy płyty, bardzo szacowne grono. Po energetycznym koncercie można było z muzykami porozmawiać i kupić ich muzykę na krążkach. A czerwonowłosa Geraldine McGowan pozwoliła mi potrzymać swój zawodowy bodhran i udzieliła kilku wskazówek. Najważniejszą było - "Słuchaj, co grają inni".



W ciągu 6 dni przygody z irlandzkim bębenkiem dostałem kilka świetnych lekcji od całkiem przypadkowych ludzi. Po prostu jakiś irlandzki pasterz, który akurat zaganiał owce ze swoimi psami brał ode mnie bodhran i pokazywał jak sam na codzień gra.




To były moje warsztaty w terenie. Teraz ćwiczę w domu i online, bo zapisałem się do Online Academy of Irish Music. I zamierzam się dobrze bawić :)


sobota, 3 sierpnia 2013

Kasia podbija Irlandię

Kasia Szklarz przyjechała do Irlandii wraz ze swoimi skrzypcami. Był to jej pierwszy raz na Zielonej Wyspie, o której marzyła od dawna. Spędziła dwa tygodnie na zachodzie Irlandii grając irlandzkie melodie ku uciesze miejscowych oraz przy gromkim aplauzie licznie zgromadzonych turystów. Zapamiętano ją jako piękną skrzypaczkę z Polski, która lepiej gra irlandzkie melodie niż niejeden Irlandczyk. Bardzo się cieszę, że poznałem Kasię i mogłem być jej przewodnikiem po zachodniej Irlandii. Niniejszą notkę i zdjęcia publikuję za jej zgodą.



Trasa po zachodniej Irlandii z Pendragon Tours zaczęła się od Inishmore na wyspach Aran, gdzie są tylko trzy puby. Kasia przyszła do pubu Ti Joe Watty. Na widok skrzypiec miejscowi gitarzyści zaprosili dziewczynę do stolika dla muzyków i wspólne granie się zaczęło. 




Od pierwszych dźwięków skrzypiec jasne się stało, że ten wieczór przejdzie do historii pubu Ti Joe Watty a zgromadzeni licznie goście będą bawić się doskonale. Na stoliku pojawiły się drinki na koszt firmy, a kolejnego wieczoru Kasię i jej koleżankę z Kanady zaproszono ponownie do kącika muzycznego.   



Na wyspie Achill zawędrowaliśmy do The Valley House Bar. Niesamowite miejsce, w dzień niepozorne, a wieczorem - praktycznie każdy kto tam był na czymś grał. Lokalni muzycy od razu poznali się na talencie Kasi. Nieczęsto zdarza się, że do miejscowego pubu trafia ktoś, kto jest po Akademii Muzycznej w Krakowie, przywiózł swoje skrzypce z Polski (a na skrzypce trzeba kupić osobny bilet) i gra irlandzkie melodie w taki sposób, jakby się tu urodził.





Jens odkłada gitarę i pyta mnie: "Jaysus, kim jest ta dziewczyna"? Mimo gwaru rozmów słyszę jak wali mu serce. Odpowiadam "To Kasia Szklarz, z Polski". Jens: "Ona jest doskonała!". Wychodzimy na przerwę do pokoju z bilardem, gdzie miejscowi zasypują Kasię pytaniami. I kolejny szok dla miejscowych - Kasia recytuje wiersz po irlandzku. Szybkie poszukiwanie osoby, która rozumie po irlandzku i tłumaczy to na angielski. No wszystko się zgadza, ona jest pierwszy raz w Irlandii, gra irlandzką muzykę jak rasowy Irlandczyk i recytuje wiersze po irlandzku! Ukłony!

Szef pubu też był zafascynowany graniem Kasi, przyszedł osobiście nalać Guinnessa na koszt firmy. Spytał mnie: "Skąd ona jest?". To pytanie słyszałem wielokrotnie przez kolejne dni. 




W Clifden na Connemarze szukamy pubów, gdzie do muzyków można się przyłączyć. 
Najpierw wchodzimy do Griffin's Bar. Jest gitara, akordeon i kontrabas. No, przydałyby się skrzypce :) Kasia dołącza do grajków i zaczyna grać. Siedzę z boku i widzę jak chłopaki porozumiewają się wzrokiem i wyrażają uznanie dla Kasi. Przerwa w graniu: 

- Hej, skąd jesteś? 
- Z Polski
- A gdzie się nauczyłaś tak dobrze grać irlandzką muzykę?
- A w Polsce :)



Kolejny pub i spontaniczne muzykowanie. Jesteśmy w Lowry's Pub. Gitara i akordeon grają irlandzkie melodie. Kasia wyciąga skrzypce i zaczyna grać reela, gitara i akordeon się przyłączają. Nagle z zaplecza chłopak przynosi deskę i kładzie ją na środku. Na deskę wskakuje jakaś dziewczyna i zaczyna stepować. Normalnie pełen odjazd. Irlandia we wszystkich wymiarach. 



Nie miałem do tej pory okazji uczestniczyć w takich wydarzeniach, że ludzie dziękowali mi za to, że kogoś przywiozłem do zachodniej Irlandii. Kasia grała irlandzką muzykę w taki sposób, że miejscowym muzykom wydawało się że śnią. Ona jest z Polski? Ona jest pierwszy raz w Irlandii? Ale gdzie się tak nauczyła grać irlandzkie melodie ??? "She is f*cking brilliant!"




Kasia podbiła zachód Irlandii, grając perfekcyjnie melodie które dobrze znała i doskonale improwizując do lokalnych melodii, które słyszała po raz pierwszy. Wszędzie wzbudzała zachwyt i szacunek. Od lokalnych muzyków otrzymywała wyrazy uznania. Piękno i talent z Polski w jednym - oto Kasia Szklarz.
 



Na koniec mała próbka, pub Fitz Bar w Doolin. Zacząłem nagrywać, gdy Kasia przysiadła się do muzyków, ustalili tonację i melodię, po czym zaczęła się zabawa. KLIK

Druga próbka pochodzi z wyspy Achill. Dość długa była to sesja, niektórzy byli już trochę zmęczeni, ale do domu się jakoś nie wybierali. Kasia grała do różnych lokalnych melodii. KLIK

A trzecia próbka to małe solo na Sky Road na Connemarze. Nie dość, że widoki ładne, to jeszcze irlandzka muzyka na żywo. Turyści się zatrzymywali i robili zdjęcia :) KLIK 

środa, 17 lipca 2013

EIRE 50 - Inishmore

Powierzchnia wyspy Inishmore zajmuje około 30 km². Gdyby połączyć wszystkie kamienne murki tej wyspy w jedną linię, to miałaby ona ponad 7000 kilometrów. Na jednym z tysięcy zielonych "poletek" otoczonych kamieniami znajduje się ułożony z kamieni znak z czasów II wojny światowej. Postanowiłem go znaleźć.    



Znak widoczny z powietrza miał informować niemieckich lotników, że Irlandia nie bierze udziału w wojnie i mają jej nie bombardować. "Lećcie dalej, Anglia jest bardziej na wschód". Napis EIRE ułożony był z białych kamieni na zielono-szarym tle miał być z samolotów dobrze widoczny. EIRE to oczywiście IRLANDIA po irlandzku.




Uzbrojony w mapy satelitarne i GPS wdrapałem się na najwyższy punkt Inishmore, gdzie stoi nieszczęsna latarnia morska. Dlaczego nieszczęsna? Zbudowano ją w XIX wieku na środku wyspy, dlatego dawała mylne sygnały o jej położeniu, więc statki rozbijały się o brzeg Inishmore jeden po drugim. Latarnię zamknięto po 20 latach użytkowania. Jednak da się tam na górę wejść. Z najwyższego punktu wyspy przeskanowałem całą okolicę zoomem i znalazłem znak EIRE.



Teraz tylko wystarczyło przeskoczyć kilka kamiennych murków aby dostać się na to właściwe poletko, gdzie znajdował się znak.



Białe znaki ułożone dookoła wybrzeża Irlandii po wybuchu drugiej wojny światowej zostały współcześnie zabezpieczone i pomalowane na biało. To w końcu pomnik i dobrze, że ktoś o to dba. Z 83 znaków tego typu do dziś przetrwało tylko 9.



W 1944 roku w neutralnej Irlandii rozeszła się wieść, że alianci szykują desant w Normadii (znany jako D-day). "Neutralni" Irlandczycy dołożyli do znaków EIRE trochę kamieni aby pomóc aliantom w orientacji. Tak powstały numery od 1 do 83 informujące o położeniu.



Znak EIRE 50 można zobaczyć przy okazji zwiedzania starego kamiennego fortu Dun Eochla, który leży kilkaset metrów dalej.



Więcej o znakach na ziemi tutaj.

sobota, 29 grudnia 2012

Nowa atrakcja na Aranach

Picture: Connaught Tribune
Pewnego grudniowego dnia 2012 jeden z mieszkańców wyspy Inishmore przeżył szok porównywalny z pożarem ulubionego pubu. Człowiek ów wrócił do swojego jak zwykle nieprawidłowo zaparkowanego w porcie samochodu i znalazł za wycieraczką mandat za stanie na podwójnej ciągłej. Tego dnia na Aranach zakończyła się pewna epoka.   

Mandat ten najpewniej przejdzie do historii, bo jest to pierwsza w historii motoryzacji kara za złe parkowanie na Aranach. Mandacik prawdopodobnie zostanie oprawiony w ramki i zawiśnie na ścianie pubu Joe Watty's. A z całą pewnością historię o mandacie i jego beztroskim właścicielu włączą do swojego repertuaru wszyscy miejscowi przewodnicy. 

Kolejne zdobycze cywilizacji zawitały na Arany, które turyści odwiedzają przecież po to, aby znaleźć tu coś czego nie ma gdzie indziej. Każdy chyba, kto wysiada na ląd w porcie w Kilronan na widok tamtejszych pojazdów przeciera oczy. Tak może wyglądać koniec świata dla samochodów. Może nie jest to jeszcze Hawana, ale wszystkie pojazdy trafiają tu na dożywocie, większość z nich została kupiona w czasie boomu lub dużo wcześniej. Ludzi znających się na mechanizmach bardziej skomplikowanych od kołowrotka lub czajnika elektrycznego nie ma tu wielu, a najbliższy trzeźwy mechanik samochodowy jest o godzinę morską na wschód. Wszystkie pojazdy mają silniki diesla (benzyna jest tu zabroniona) i rzadko jeżdżą na przeglądy, bo przewiezienie samochodu na ląd to dość duży koszt. Brak badań technicznych, ubezpieczenia i podatku drogowego to norma. Wszystkich dróg na Inishmore jest może ze 30 kilometrów, więc niepotrzebne tu radary ani drogówka. Samochodu na noc nie trzeba zamykać, bo przecież nie ukradną (bo dokąd) a poza tym każdy każdego zna. Z tego samego powodu zbędna tu była policja. A teraz urząd wojewódzki w Galway musiał to wszystko zepsuć. Z całą pewnością zrobił to w imię bezpieczeństwa wszystkich odwiedzających Arany turystów.      




Do tej pory na Aranach samochody funkcjonowały zgodnie ze swoim pierwotnym przeznaczeniem - miały jeździć. Jeździły więc - zawożąc dzieci do szkoły, przywożąc zakupy ze sklepu i podchmielonych ludzi z pubu. Oraz tysiące turystów, którzy przejażdżkę lokalnym pojazdem z miejscowym kierowcą bajarzem zabierają stąd jako jedną z atrakcji. Teraz auta muszą jeździć i parkować zgodnie z przepisami, tak jak na całym cywilizowanym świecie. 

Natomiast już wkrótce na Aranach wprowadzone zostaną opłaty za pozostawianie końskich kup za dorożkami, niewielka opłata za wysłanie SMS do Irlandii lub dalej oraz opłata klimatyczna dla osób zza Morza Irlandzkiego. Fotografowanie wciąż gratis. 


czwartek, 20 grudnia 2012

Na końcu świata

Dla ludzi był to koniec świata, a przynajmniej świata, który znali. Na wschód można było dopłynąć do Irlandii ale od zachodniej strony z wysokiego klifu widać było tylko bezkresny ocean. 
A to był tylko koniec Europy. No, jeden z jej końców. 

środa, 16 maja 2012

Irlandzka sztuka lecznicza


Nie będzie tu o nowoczesnej myśli lekarskiej, która obecnie potrafi każde schorzenie uleczyć paracetamolem a złamane kończyny zrastają się bez prześwietlania pod elastycznym bandażem. My jesteśmy przyzwyczajeni do wszechobecnych reklam leków na katar i kaszel a Irlandczycy są przyzwyczajeni do kataru i do kaszlu, bo reklam leków nie znają. W każdym razie 100 lat temu irlandzkie tradycyjne metody lecznicze nie różniły się za bardzo od tradycyjnych polskich sposobów znanych chociażby z "Potopu" (kto czytał to pamięta czym stary Kiemlicz leczył Kmicicowe rany). Wiedzę o starych irlandzkich lekach zaczerpnąłem z książki "A Woman of Aran" (Kobieta z Aranów) wydanej w Dublinie w 1997 roku.

Bridget Dirrane opowiedziała historię swojego długiego życia na Aranach kiedy skończyła 103 lata. Jej zdaniem dożycie takiego pięknego wieku w tak surowych okolicznościach przyrody zawdzięczała między innymi przekazywanymi od pokoleń prostymi i wziętymi z natury metodami leczniczymi. Kto był na Aranach to wie, że oprócz skał i oceanu nic tam nie ma a jednak twardzi ludzie sobie tam świetnie radzą... Mając do dyspozycji tylko kamienie, rekiny, owce, chwasty i morską wodę ludzie przez wieki walczyli z chorobami. Przeżyli i tak najsilniejsi ale starali się przeżyć wszyscy. Oto część leczniczych receptur Kobiety z wysp Aran. 

Okłady z gorącej wody morskiej - pomocne przy chorobach płuc i zranieniach. Środek bardziej dziś znany jako wyciąg zwany jodyną.

Empty tumbler glasses - małe rozgrzane szklaneczki stawiane na klatce piersiowej człowieka chorego na zapalenie płuc. Powtarzane przez tydzień po 3-4 razy dziennie pomagały płucom otwierać się i uwalniały chorobę. Po naszemu bańki.

Nettles - okłady z soku z pokrzyw pomagały w leczeniu odry,

Mullein plant - sok z dziewanny był lekarstwem na poważny kaszel.

Ribwort plantain - liść babki lancetowatej kładziono szorstką stroną na ranę.

Pajęczyny - najlepszy i szybko dostępny środek powstrzymujący krwawienie.

Horehound - mierznica czarna - krwiotwórcza i napotna.

Bacon - tłuszcz barani pomagał usuwać ciernie i leczyć rany po nich.

Porter - ciemne piwo podawano kobietom w celu zwiększenia laktacji.



Poitin, poteen - kartoflany bimber stosowano jako środek przeciwbólowy.

Soda bread - okłady z mokrego chleba łagodziły oparzenia.

Dock leaves - liście szczawiu łagodziły oparzenia pokrzyw i użądlenia os.

Raw potato - przekrojonymi surowymi ziemniakami smarowano brodawki, odciski i odmrożenia.

Fennel - okłady z pogniecionych liści kopru leczyły rany i zmniejszały opuchliznę.

I na koniec - Carron oil - maść przyrządzana bezpośrednio z kamieni, które tworzą wyspy Aran. Gorący wapień wrzucano do zimnej wody, po czym zbierano z powierzchni to, co się tam pojawiło i mieszano z olejem lnianym. Maść stosowano na słoneczne oparzenia.

Akurat wiem z własnego doświadczenia jak można na Aranach poparzyć się słońcem więc mam zamiar tę recepturę wypróbować :)

Bridget Dirrane zmarła w 2003 roku, miała wtedy 109 lat. Prawdopodobnie była wtedy zupełnie zdrowa... 


piątek, 10 grudnia 2010

Filmy irlandzkie - Man of Aran

Fajny film wczoraj widziałem…  Nakręcony na wyspie Aran w 1934 roku, na czarno-białej kliszy. Muzyka dopasowana do obrazu jak w najlepszym niemym kinie. Język dość niezrozumiały - pół na pół irlandzki i angielski, obraz przemawia jednak wystarczająco. Słowa i tak zagłusza dźwięk wiatru i oceanu.

 
 
Film „Man of Aran” pokazuje codzienne życie mieszkańców kamienistych wysp Aran położonych na Atlantyku u zachodnich wybrzeży Irlandii. Pokazuje też jak silny jest człowiek mieszkający na maleńkiej wyspie, gdzie nie ma ani ziemi, ani słodkiej wody, ani prądu. 
  
Glebę trzeba stworzyć samemu mieszając wydobytą spomiędzy skał ziemię z morskimi wodorostami. Woda pitna pochodzi z nieba, to łapana w specjalne zbiorniki deszczówka. Oświetlenie możliwe jest tylko dzięki olejowi wytapianemu z rekinów. Film zrobiono w czasach, kiedy tak właśnie było. To prawie dokument. Prawdziwe sceny sfilmowane w surowej scenerii wysp Aran. 
  
Tych kilka scen z filmu daje ogólny zarys ówczesnej sytuacji na Aranach:
   
Scena 1. Kobieta niesie małe dziecko, sadza je pomiędzy kamieniami, po czym odwija z siebie jedną z wielu spódnic i owija nią dziecko. Potem bierze wiklinowy kosz i idzie zbierać wodorosty - surowiec do produkcji gleby. 

Scena 2. Mężczyzna łata dziurę w dnie łódki kawałkiem tkaniny i gorącą smołą. Na drugi dzień czółno jest gotowe do polowania na rekiny na pełnym oceanie. 
Scena 3. Chłopiec kręci nad głową sznurkiem zakończonym hakiem. Przynętą jest krab przyniesiony pod czapką. Chłopak rzuca sznurek ponad krawędzią klifu, chwyta koniec sznurka, który odwijając się znika w przepaści. Potem siada i łapie rybę przy pomocy sprytnie uszytego do tego celu buta.   

Scena 4. Człowiek z Aran odkuwa kawałki skały aby zrobić miejsce na małe poletko, gdzie za kilka miesięcy wyrosną ziemniaki – podstawa pożywienia dla jego rodziny. Kamienie odrzuca na bok, by zrobić z nich kolejny arański murek.
   
Film „Man of Aran” to niesamowity dokument. Z jednej strony pokazuje jak przez setki lat w niezmienny sposób ludzie na Aranach sobie radzili. Tak samo rozpalali ogień, tak samo polowali na atlantyckie rekiny w swoich maleńkich łupinach, tak samo wyrywali skałom swoje poletka by na nich coś zasadzić. 

Z drugiej strony jednak film pokazuje, jak bardzo świat przyspieszył. Przez całe wieki ludzie żyli na tych smaganych wiatrem i oceanem Aranach bez żadnych wygód, mieszkając w dwóch izbach wspólnie ze swoimi zwierzętami, pijąc ich mleko i zwykłą deszczówkę. Było tak jeszcze 70 lat temu. Nagle coś się zmieniło, w tym odległym zakątku Irlandii pojawiła się butelkowana woda, rowery do wypożyczenia i pensjonaty B&B. Na dalekie Arany przyjechali turyści ze wszystkich krajów świata. 
    
Film "Man of Aran" polecam szczególnie tym, którzy odwiedzili wyspę Inishmore jako turyści ale interesuje ich więcej niż tylko główna atrakcja Aranów.  

O CZYM JEST TEN BLOG

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...